tłum. Marceli Tarnowski

Rozdział 10

Bambi zauważył, że świat się zmienił. Trudno mu było dostosować się do tego zmienionego świata. Dotychczas żyli wszyscy jak bogacze, a teraz zaczęli popadać w ubóstwo. Ale Bambi znał tylko bogactwo. Uważał za rzecz naturalną, że otoczony był zewsząd największym dostatkiem i najwspanialszym zbytkiem, że nie miał trosk o pożywienie, sypiał w pięknej, zielono ozdobionej izbie, do której nikt nie mógł zajrzeć, i spacerował w gładziutkiej, lśniąco czerwonej sukience.

Teraz wszystko się zmieniło, a Bambi prawie tego nie zauważył. Zmiana, jaka się dokonała, była dla niego tylko szeregiem interesujących, nowych zjawisk. Bawiło go, kiedy mlecznobiałe zasłony mgieł unosiły się rankiem z łąki albo opadały z wcześnie ciemniejącego nieba. Tak pięknie rozpływały się potem w słońcu. Podobał mu się też szron, który tak zdumiewająco biało zaścielał ziemię i łąkę.

Przez pewien czas bawił się, słuchając okrzyków swoich wielkich krewniaków, jeleni. Cały las huczał od głosów tych królów. Bambi nadsłuchiwał i bał się bardzo, ale serce jego drżało przy tym z podziwu, kiedy go dobiegały te grzmiące okrzyki. Myślał o tym, że królowie nosili korony, które były tak wielkie i tak rozgałęzione jak mocne gałęzie drzew, i myślał, że głosy ich były tak samo potężne jak ich korony. Kiedy do uszu jego dochodził mocarny wybuch takiego głosu, przystawał cichutko i nie poruszał się. Władcze pożądanie huczało po lesie głębokimi dźwiękami, bezmierny jęk szlachetnej, oszalałej krwi, pieniącej się pierwotną mocą w tęsknocie, gniewie i dumie.

Daremnie Bambi walczył ze swoim lękiem. Lęk ten przejmował go zawsze, ilekroć słyszał te głosy, ale był dumny, że ma tak wytwornych krewnych. Zarazem czuł jakiś osobliwy odruch rozdrażnienia, że byli oni tak nieprzystępni. Urażało go to i upokarzało, chociaż nie wiedział, dlaczego i jak, ba, chociaż tego sobie w ogóle dokładnie nie uświadamiał.

Dopiero gdy okres miłosny królów przeminął, gdy przebrzmiał grom ich potężnych okrzyków, Bambi odzyskał znowu zdolność interesowania się innymi zjawiskami.

Kiedy szedł nocą przez las albo za dnia leżał w swojej izbie, słyszał, jak spadające liście szeptały w koronach drzew. Nieustannie rozlegał się w powietrzu jakiś szelest i plusk, we wszystkich wierzchołkach, we wszystkich gałęziach. Delikatny srebrny dźwięk spływał ustawicznie na ziemię. Cudownie było budzić się przy tym dźwięku i cudownie było zasypiać przy tym tajemniczo melancholijnym poszepcie.

A potem liście leżały wysokimi stosami na ziemi, a gdy się szło, szumiały głośno i szeptały cicho. Bardzo to było wesołe, że przy każdym kroku trzeba je było usuwać na bok, gdyż tak wysoko były nagromadzone. Robiło to „szsz-szsz”, bardzo delikatnie, bardzo dźwięcznie i srebrzyście. A przy tym było bardzo użyteczne, gdyż w tym okresie nie trzeba sobie było zadawać trudu nadsłuchiwaniem i wietrzeniem. Wszystko słyszało się już przecież z daleka. Liście szeleściły przy najlżejszym ruchu; krzyczały: „szsz!”. Któż by się mógł podkraść niepostrzeżenie? Nikt!

Ale potem przyszedł deszcz. Lał od wczesnego ranka do późnego wieczora, pluskał i siekł od późnego wieczora przez całą noc aż do następnego ranka, ustawał na chwilę i na nowo zaczynał ze świeżymi siłami.

Powietrze wydawało się wypełnione zimną wodą, cały świat wydawał się nią wypełniony. Kiedy się chciało zjeść kilka źdźbeł trawy, miało się usta pełne wody, a gdy się poskubało trochę jakiś krzak, całe potoki kropel spływały na oczy i na nos.

A liście już nie szeleściły. Leżały na ziemi miękkie i ciężkie, przygniecione przez deszcz, i nie wydawały już w ogóle dźwięku.

Po raz pierwszy Bambi doświadczył, jak to było źle, gdy się było dniami i nocami oblewanym potokami wody i obmywanym aż do skóry. Nie było mu jeszcze zimno, ale tęsknił za ciepłem i okropne mu się wydawało, że musiał stale biegać taki przemoczony.

Gdy później nadszedł także wiatr północny, Bambi poznał uczucie zimna. Niewiele mu pomagało, że tulił się mocno do matki. Tak, oczywiście, początkowo wydawało mu się cudowną rzeczą leżeć tak i przynajmniej z jednej strony czuć miłe ciepło. Ale wicher szalał dniami i nocami po lesie. Zdawało się, że jakiś niepojęty, lodowato zimny gniew smaga go aż do szaleństwa, zdawało się, że chce wyrwać cały las z korzeniami i unieść ze sobą albo w jakikolwiek inny sposób zniszczyć.

Drzewa trzeszczały od potężnego oporu, mocarnie walczyły z mocarnym atakiem. Słychać było ich przeciągłe jęki, słychać było ich trzeszczące westchnienia, słychać było głośne trzaski, kiedy tu pękła gałąź, ówdzie rozłupał się pień drzewa i pokonany olbrzym krzyczał wszystkimi ranami swego poszarpanego, konającego ciała. A potem nic już nie było słychać, gdyż wicher z większą jeszcze zaciekłością miotał się na las, a wycie jego pochłaniało wszelkie inne odgłosy.

Teraz Bambi zrozumiał, że nadeszła niedola i ubóstwo. Widział, jak bardzo deszcz i wicher zmieniły las. Na drzewach i krzakach nie było już ani jednego listeczka. Stały wszystkie ograbione, nagie na całym ciele, które stało się teraz widoczne, i żałośnie wyciągały ku niebu gołe, brunatne ramiona.

Trawa na łące zwiędła, stała się czarnawobrunatna i tak krótka, jakby ją skoszono tuż przy ziemi.

Izba przybrała teraz także wygląd ubogi i goły. Odkąd zniknęły zielone ściany, nawet tutaj nie można się już było tak rozkoszować samotnością, jak dawniej, a na domiar wiało ze wszystkich stron.

Pewnego dnia jakaś młoda sroka przeleciała nad łąką. Coś białego, zimnego wpadło jej w oko, jeszcze raz, jeszcze raz, przesłoniło jej wzrok, a małe, miękkie, oślepiająco białe płatki zawirowały przed jej oczyma. Sroka, wymachując skrzydłami, wstrzymała lot, wyprężyła się sztywno i wzbiła się wyżej w powietrze. Daremnie. Małe, chłodne płatki były znowu dokoła niej i znowu wpadały jej w oczy. Jeszcze raz wyprostowała się i wzbiła się jeszcze wyżej.

— Niech pani sobie nie zadaje trudu, moja droga — zawołała do niej z góry wrona, która szybowała nad nią w tym samym kierunku — niech pani sobie nie zadaje trudu. Nie może pani pofrunąć tak wysoko, żeby się wydostać ze sfery tych płatków. To jest śnieg.

— Śnieg? — zdumiała się sroka, walcząc z zawieją.

— No, tak — odpowiedziała wrona — nadeszła już zima. A to jest śnieg.

— Niech pani wybaczy — rzekła sroka — ale ja dopiero w maju wyszłam z gniazda. Nie znam jeszcze zimy.

— Zdarza się to niejednemu — rzuciła wrona — już ją pani dobrze pozna.

— No, jeżeli to jest śnieg — powiedziała sroka — w takim razie usiądę trochę.

Spuściła się na gałąź olchy i otrząsnęła się.

Wrona ociężale pofrunęła dalej.

Bambi początkowo cieszył się na widok śniegu. Powietrze było ciche i łagodne, gdy białe gwiazdeczki płynęły w dal, a przy tym świat przybrał tak zupełnie nowy wygląd. Stał się jaśniejszy, nawet weselszy, jak sądził Bambi, a kiedy słońce ukazywało się na krótką chwilę, wtedy wszystko świeciło, wtedy biała powłoka migotała i promieniała tak silnie, że było się zupełnie oślepionym.

Niebawem jednak Bambi przestał się cieszyć śniegiem. Coraz trudniej bowiem było znajdować pożywienie. Trzeba było odgarniać śnieg i wiele kosztowało trudu, zanim się w ten sposób odsłoniło kawałeczek zwiędłej trawy. A przy tym zamarzły śnieg ciął w nogi i trzeba się było obawiać, że je porani. Gobo miał już rany na nogach. Co prawda Gobo w ogóle niewiele potrafił znieść i sprawiał tylko wieczne troski swojej matce.

Bywali teraz prawie ciągle razem i w ogóle więcej mieli towarzystwa niż dawniej. Pani Ena przychodziła teraz stale ze swymi dziećmi. Ostatnio bywała też w ich gronie Marena, prawie dorosła dziewczynka.

Najwięcej jednak rozrywki wnosiła stara pani Netla. Była to osoba zupełnie samotna, która na wszystko posiadała własne poglądy.

— Nie — mawiała — dziećmi już się więcej nie zajmuję. Tej przyjemności mam chwilowo dość.

Falina pytała zwykle w takich razach:

— Dlaczego? Jeżeli to jest przyjemność?

A pani Netla udawała, że jest zagniewana, i mówiła:

— Ale jest to kiepska przyjemność, w każdym razie ja mam jej dość.

Wszyscy bawili się znakomicie. Siedziano razem i gawędzono. Nigdy jeszcze dzieci nie dowiadywały się tak wiele.

Nawet spośród książąt ten i ów przyłączył się do nich. Początkowo bywało wtedy trochę sztywno, głównie dlatego, że dzieci czuły się jeszcze na początku nieco onieśmielone. Ale niebawem stosunki ułożyły się lepiej i było bardzo miło.

Bambi podziwiał księcia Ronno, który był pięknym panem, a młodego, pięknego Karusa pokochał gorąco. Zrzucili oni swoje korony i Bambi podziwiał często dwie okrągłe, łupkowoszare płytki, odcinające się na głowie księcia, gładkie, migoczące, z wieloma delikatnymi punkcikami. Wyglądało to bardzo wytwornie.

Niezmiernie ciekawe było, gdy któryś z książąt opowiadał o NIM.

Ronno miał na lewej przedniej nodze gruby, obrośnięty sierścią guz. Kulał na tę nogę i mawiał niekiedy:

— Czy widać właściwie, że utykam?

Wszyscy zapewniali go gorliwie, że zupełnie tego nie widać. Ronno to właśnie pragnął słyszeć. Zresztą istotnie bardzo mało to było widać.

— Tak — ciągnął Ronno — uratowałem się wtedy ze złej opresji.

A potem opowiadał, jak ON zaskoczył go i rzucił w niego ogniem. Bolało to do szaleństwa. Nic dziwnego. Kość była zmiażdżona. Ale Ronno nie stracił panowania nad sobą. Popędził przed siebie na trzech nogach. Biegł coraz dalej mimo zmęczenia, gdyż widział, że był ścigany. Biegł, biegł i nie zatrzymał się, aż zapadła noc. Wtedy dopiero pozwolił sobie na odpoczynek. Ale następnego ranka ruszył znowu daleko z tego miejsca, aż uczuł się bezpieczny. Potem leczył się, siedział sam w ukryciu, czekając, aż rana się zasklepi. Wreszcie wyszedł z kryjówki i stał się bohaterem. Utykał wprawdzie, ale tego — jak sądził — nie było wcale widać.

Teraz, gdy wszyscy przesiadywali tak często i tak długo razem, gdy opowiadano tak wiele historii, Bambi słyszał o NIM znacznie więcej niż dawniej. Mówiono o tym, jak straszny jest JEGO widok. Nikt nie potrafi patrzeć w JEGO bladą twarz. Bambi wiedział już o tym z własnego doświadczenia. Mówili też o zapachu, jaki szedł od NIEGO, a i w tej sprawie miałby Bambi niejedno do powiedzenia, gdyby nie był zbyt dobrze wychowany, aby się wtrącać do rozmów starszych. Mówili, że zapach ten w zagadkowy sposób zmienia się stokrotnie, a jednak natychmiast można go rozpoznać, gdyż zawsze jest niesłychanie podniecający, niezbadany, tajemniczy i sam przez się budzi przerażenie.

Mówili o tym, że JEMU do chodzenia potrzebne są tylko dwie nogi, i mówili o cudownej mocy JEGO rąk. Niektórzy nie wiedzieli dokładnie, co to właściwie znaczy: ręce. Ale kiedy to wyjaśniono, pani Netla powiedziała:

— Nie widzę w tym nic godnego podziwu. Wiewiórka robi zupełnie to samo, co wy tu opisujecie, a każda młoda myszka potrafi również tę sztukę.

Lekceważąco odwróciła głowę.

— Oho! — zawołali inni, dając jej w ten sposób do zrozumienia, że nie jest to bynajmniej to samo.

Ale pani Netla nie dawała się zbić z tropu.

— A sokół? — zawołała. — A myszołów? A sowa? Przecież one w ogóle mają tylko po dwie nogi, a kiedy chcą coś chwycić, jak wy to nazywacie, wtedy stoją tylko na jednej nodze i chwytają drugą. To jest o wiele trudniejsze i tego ON na pewno by nie potrafił.

Pani Netla nie była w najmniejszej mierze skłonna podziwiać w NIM czegokolwiek. Nienawidziła GO z całego serca.

— ON jest ohydny — mówiła i nie dawała się odwieść od tego zdania.

Nikt jej zresztą nie zaprzeczał, gdyż nikt nie uważał, aby ON był miły.

Ale najwięcej gmatwała się sprawa, kiedy mówiono o tym, że ON ma trzecią jeszcze rękę, nie tylko dwie ręce, ale jeszcze trzecią.

— To straszne brednie — zadecydowała pani Netla krótko — nie wierzę w to.

— Tak? — wtrącił w tym miejscu Ronno. — A czym w takim razie zmiażdżył mi nogę? Może mi to pani zechce wyjaśnić?

Pani Netla odpowiedziała swobodnie:

— To już pańska sprawa, mój kochany, mnie ON niczego nie zmiażdżył.

Ciotka Ena powiedziała:

— Wiele widziałam w swoim życiu i sądzę, iż jeśli się twierdzi, że ON ma trzecią rękę, to coś w tym musi być.

Młody Karus wtrącił uprzejmie:

— Pod tym względem mogę się z panią tylko zgodzić. Jestem zaprzyjaźniony z pewną młodą wroną...

Urwał na chwilę z zakłopotaniem i spojrzał na wszystkich po kolei, jakby się obawiał, że zostanie wyśmiany. Ale kiedy zobaczył, że przysłuchiwano mu się uważnie, mówił dalej:

— Wrona ta jest niezmiernie wykształcona. Muszę to przyznać. Zdumiewająco wykształcona...

I ta właśnie wrona opowiadała Karusowi, że ON ma istotnie trzy ręce, ale nie zawsze.

— Ta trzecia ręka — mówiła wrona — jest najgorsza. Nie jest ona przyrośnięta, lecz ON nosi ją przewieszoną przez ramię.

Wrona opowiadała dalej, że wie doskonale, czy ON albo ktoś z jego rodu jest niebezpieczny, czy nie. Jeżeli nadchodzi bez trzeciej ręki, wtedy zupełnie nie jest niebezpieczny.

Pani Netla roześmiała się:

— Twoja wrona jest głupim stworzeniem, kochany Karusie, powiedz jej to w moim imieniu. Gdyby była taka mądra, jak jej się zdaje, wiedziałaby, że ON jest zawsze niebezpieczny, zawsze.

Ale inni zaoponowali.

Matka Bambiego powiedziała:

— Bywają jednak wśród NICH tacy, którzy wcale nie są niebezpieczni. Widać to po NICH od razu.

— Tak? — zapytała pani Netla. — A czy zatrzymujesz się, kiedy nadchodzą, i mówisz im może dzień dobry?

Matka Bambiego odpowiedziała łagodnie:

— Co prawda nie zatrzymuję się, tylko uciekam szybko.

A Falina palnęła nagle:

— Trzeba zawsze uciekać!

Wszyscy roześmiali się.

Ale kiedy mówili dalej o trzeciej ręce, spoważnieli znowu i z wolna weszła do ich grona groza. Czymkolwiek to bowiem było, trzecią ręką czy czymś innym, było to straszliwe, a oni tego nie rozumieli. Wiedzieli o tym tylko z opowiadań innych, niektórzy z nich widzieli to sami: ON stał daleko, nie poruszał się wcale; niepodobna było wyjaśnić, co robił ani jak się to działo, ale nagle rozlegał się grzmot, tryskał ogień i chociaż się było tak daleko od NIEGO, padało się z rozdartą piersią, aby umrzeć.

Mówiąc o tym skulili się wszyscy, jakby czuli tajemniczą potęgę, która niezbadanie panowała nad nimi.

Pożądliwie wysłuchiwali mnóstwa opowiadań, które stale pełne były grozy, pełne krwi i niedoli. Niezmordowanie wchłaniali w siebie wszystko, co o tym opowiadano, historie, które niewątpliwie były zmyślone, wszystkie bajki i legendy, pochodzące od dziadów i pradziadów. A we wszystkich tych opowieściach, nieświadomie i w lęku, starali się wybadać, w jaki sposób można by tę potęgę przejednać albo jak się przed nią uchronić.

— Jakże się to dzieje — powiedział młody Karus w zadumie — że ON jest tak daleko, a jednak potrafi z tej odległości powalać?

— Czy twoja mądra wrona nie wyjaśniła ci tego? — zadrwiła pani Netla.

— Nie — uśmiechnął się Karus. — Powiada, że widziała to często, ale wyjaśnić tego nikt nie potrafi.

— No, ON potrafi i wronę strącić z drzewa, kiedy chce — w tracił Ronno.

— I zabija bażanta w powietrzu — dodała ciotka Ena.

Matka Bambiego powiedziała:

— Rzuca swoją rękę. Babka moja opowiadała mi o tym.

— Tak — zapytała pani Netla — a cóż to w takim razie jest, co tak przeraźliwie huczy?

— Kiedy ON odrywa od siebie swoją rękę — wyjaśniła matka Bambiego — wtedy wybucha ogień i rozlega się huk jak grzmot. ON jest wewnątrz cały z ognia.

— Niech pani wybaczy — wtrącił Ronno. — To, że ON jest wewnętrznie cały z ognia, istotnie jest prawdziwe. Ale co do ręki — to omyłka. Ręka nie mogłaby zadawać takich ran. Musi to pani sama przyznać. Jest to raczej ząb i tym zębem ON rzuca w nas. Widzi pani, ząb — to wyjaśnia wiele. I umiera się właśnie od jego ukąszenia.

Młody Karus westchnął głęboko.

— Czy ON nigdy nie przestanie nas prześladować?

Wówczas Marena, dziewczyna, która była prawie zupełnie dorosła, powiedziała:

— Powiadają, że kiedyś ON zstąpi między nas i będzie zupełnie tak samo łagodny jak my. Będzie się z nami bawił, cały las będzie szczęśliwy i pojednamy się wszyscy.

Pani Netla zawołała ze śmiechem:

— Niech ON sobie zostanie, gdzie jest, i niech nas zostawi w spokoju!

Ciotka Ena powiedziała karcąco:

— Ależ... w ten sposób nie wolno mówić.

— Dlaczego? — odpowiedziała pani Netla porywczo. — Naprawdę tego nie rozumiem. Pojednać się! Jak daleko sięgamy pamięcią, ON morduje nas stale, nas wszystkich, nasze siostry, nasze matki, naszych braci! Odkąd jesteśmy na świecie, ON nie daje nam spokoju, zabija nas, gdziekolwiek się pokażemy... i po tym wszystkim mielibyśmy się z NIM pojednać? Co za głupota!

Marena spojrzała na wszystkich wielkimi oczyma, które połyskiwały spokojnie.

— Pojednanie nie jest głupotą — powiedziała — pojednanie musi nastąpić.

Pani Netla odwróciła się.

— Poszukam sobie czegoś do jedzenia — powiedziała i odeszła.