Wśród tysiąca określeń usiłujących scharakteryzować człowieka, istotę najtrudniejszą do określenia, spotykamy i takie, że człowiek to animale risibile, to jest zwierzę zdolne do śmiechu. Że jednak moglibyśmy spotkać przypadkiem w ogrodzie zoologicznym jakieś stworzenie przejawiające choć w małym stopniu zdolność podobną, więc sama ta definicja nie bardzo by nam pochlebiała. Śmiać się nie w porę, bezmyślnie i nie wiadomo dlaczego to ujemność fatalna — a nie przywilej. Na szczęście człowiek jest istotą nie tylko risibile, lecz i razionale, to jest prócz zdolności do śmiechu ma i rozum. Otóż dopiero przy kombinacji tych dwóch określeń możemy uważać człowieka za istotę z humorem i dowcipem.
Liczni pisarze twierdzą nie bez pewnej racji, że człowiek pozbawiony zdolności śmiechu, rozweselenia się zabawną rzeczą, nie może być nigdy typem istoty doskonałej, gdyż najwymowniejszym dowodem niedoskonałości niższych stworzeń jest jakoby ich niezakłócona i bezduszna powaga. Człowiek to jedyna istota, która się śmieje i płacze, ponieważ tylko ona ma świadomość różnicy pomiędzy rzeczami, jakie są, a jakimi być winny.
Lecz jak nie wszyscy ludzie posiadają w jednakowym stopniu chęć do śmiechu lub do rozbudzania wesołości i niejednakowo się śmieją, tak i narody różnią się w tym kierunku bardzo wybitnie, zarówno ze względu na swój charakter, jak i warunki, wśród których żyły. Toteż badania nad tym, jak, kiedy i z czego śmiał się dany naród, są także pouczające i stanowią dla historii cywilizacji ciekawe źródło.
Humor ma niewątpliwie bardzo starą tradycję; przejawiał się on w życiu i w literaturze wszystkich narodów i czasów. Specjalne zamiłowanie w nim ma wszakże arcypoważna rasa anglosaksońska.
„Humor — mówi Taine — wyraz niedający się przetłumaczyć, ponieważ mu rzeczy brakuje, jest rodzajem talentu, który może bawić Germanów, dzieci północy, gdyż tak jest właściwy ich duchowi, jak piwo i wódka ich podniebieniu. Ludzie innej rasy nie znoszą go, gdyż dla naszych nerwów jest zbyt cierpki i gorzki. W tym talencie tkwi, między innymi, skłonność do kontrastów i zapominania o publiczności. Autor oznajmia nam, że nie troszczy się o nas, że nie potrzebuje być zrozumiany i uznany, że myśli i bawi się sam i że jeśli jego smak oraz idee nam nie dogadzają, możemy go wcale nie słuchać. Chce on być subtelny i oryginalny dla swej wygody, jest u siebie, w swej książce, przy drzwiach zamkniętych, ubiera się w szlafrok i w pantofle, siedzi często z nogami w powietrzu, a niekiedy nawet bez koszuli. Humor to wybuch jowialności gwałtownej, zagrzebanej wśród smutków. Nieprzyzwoitość śmieszna zjawia się niespodziewanie. Natura fizyczna, ukryta i przygnieciona refleksją melancholijną, rozbiera się na chwilę... do naga. Widzisz grymas, gest ulicznika i wszystko wraca do powagi uroczystej. Wreszcie dodaj do tego nieprzewidziane kaprysy wyobraźni! Humorysta zamyka poetę — aż tu nagle, u kresu rozumowania, w monotonnej mgle prozy błysnął krajobraz, mniejsza — piękny czy brzydki; wystarcza, ażeby olśnił. Te nierówności malują dosadnie Germanina samotnego, energicznego, zwolennika kontrastów gwałtownych, ugruntowanego na refleksji osobistej a smutnej, z niespodzianymi zwrotami instynktu fizycznego. To nie człowiek rasy łacińskiej i klasycznej, rasy artystów i mówców, gdzie piszą tylko dla publiczności, lubują się w ideach jasnych, są szczęśliwi wobec form harmonijnych, gdzie wyobraźnia jest prawidłowa, a rozkosz zdaje się naturalną...”.
Przytoczyliśmy powyższe słowa, w wysokim stopniu przesadne i jednostronne, dla wykazania, że jeśli pisarz tej skali nie umiał zrozumieć i ocenić należycie genialności humoru angielskiego u nawet takich mistrzów pióra jak: Dickens, Thackeray, Eliot i Carlyle — to znaczy, że charakter tego humoru ma swoje cechy na wskroś odrębne, nieprzystępne dla ludów rasy romańskiej.
Więc chociaż humor, w nowożytnym pojęciu tego słowa, nie jest obcy żadnemu z narodów cywilizowanych, stanowi jednak niemal specyficzną właściwość Anglików i Amerykanów, którzy najwięcej go cenią i rozumieją jego doniosłość, bowiem tkwi on głęboko w ich naturze.
Literatura angielsko-amerykańska wykazuje nie tylko największy zastęp humorystów, lecz także i teoretyków humoru, którego analizie poświęcały się najdzielniejsze umysły, pragnąc mianowicie określić pojęcia humoru i dowcipu oraz wykazać zasadnicze różnice między nimi. George Eliot, Sydney Smith, Wiliam Hazlitt i inni poświęcają temu przedmiotowi w nowszych czasach całe studia, a Fleet na przykład w dziele pod tytułem A Theory of Wit and Humour (Teoria dowcipu i humoru) poddaje te dwa pojęcia analizie niesłychanie subtelnej i drobiazgowej aż do przesady.
Dotychczas w Anglii największą powagą cieszy się określenie dowcipu wypowiedziane przez słynnego filozofa Locke’a (1632–1704). „Dowcip — według niego — zasadza się po większej części na tak szybkim i urozmaiconym zestawieniu różnorodnych idei, żeby mogło uwydatnić się ich pewne podobieństwo i pewna zgodność, dająca zabawny obraz i przyjemne dla wyobraźni wrażenie; gdy przeciwnie, nasz sąd o rzeczy polega na tak troskliwym rozdzieleniu idei, żeby nawet przy ich największym pokrewieństwie uwydatniła się zasadnicza różnica między nimi, niedozwalająca brać jednej idei za drugą...”.
„Prosta rzecz — wyjaśnia Addison — że dowcip wytryska tylko przy takim podobieństwie idei, która oprócz rozkoszy daje przede wszystkim czytelnikowi... niespodziankę”.
Wesołość to niższy stopień humoru, który znów jest pośledniejszym gatunkiem dowcipu. Istotą humoru jest niewłaściwość, niezgodność, i tak zależy od gwałtownych kontrastów, jak dowcip od ukrytych podobieństw. Humor działa za pomocą silnych przeciwieństw, dowcip czaruje zręcznymi kombinacjami; wszakże rdzeniem, istotą obu jest niespodzianka.
„Gdyby jaki poważny kupiec — pisze Sydney Smith — okazałej powierzchowności, ubrany świątecznie w kostium barwy zielonego groszku, upadł w błoto i zniszczył zupełnie swój garnitur, byłoby barbarzyństwem śmiać się z niego, chociażby nawet podczas upadku i peruka opuściła zdradziecko głowę dostojnego obywatela. Lecz gdyby ów mąż pod wpływem rozdrażnienia uniósł się gniewem i dał go odczuć przechodniom, nikt by nie mógł zapanować nad niezgodnością pomiędzy położeniem szanownego kupca w zielonkawym stroju, unurzanego w błocie, a groźbą rzucaną pod wpływem niehamowanej wściekłości. Wówczas już każdy drobiazg potęgowałby humor tej sceny, w której zabawność kostiumu, szanowne oblicze nieszczęśnika, popręgowane bryzgami błota, i jego bezsilna wściekłość walczą o lepsze dla wywołania wesołości. Gdyby wszakże jakiś uliczny stróż znalazł się w tym położeniu, nie zwróciłby niczyjej uwagi, gdyż niezgodność idei byłaby w tym wypadku bardzo mała”.
Dowcip im subtelniejszy, im więcej daje rozkosznych niespodzianek, tym jest bardziej przelotny i niepochwytny. Błyska i niknie. Trzeba być niesłychanie bystrym i bacznym, żeby coś dojrzeć przy jego świetle. Gdy dowcip zjawia się przelotnie — humor trwa; tamten jest blaskiem, ten płomieniem, stąd też pierwszy olśniewa i pobudza — drugi grzeje. Społecznie dowcip jest młodszy, humor ma pochodzenie bardzo stare. Są ludzie, którzy mając poczucie humoru, uważają błyski dowcipu za rozdrażniający wybryk.
Humor — według Haweisa — to atmosfera elektryczna, dowcip to błyskawica. Charakter Carlyle’owskiego Teufelsdröckha jest przepełniony pewnego rodzaju humorem suchym a płynnym, lecz gdy ten pisarz mówi, że Anglia składa się z dziesięciu milionów istot po większej części wariatów — to błyskawica.
Dowcip ma orzeźwiającą siłę, zawiera bowiem przesadę, odwrotną stronę idei, promień pewnej niewłaściwości i niemożliwości, stąd też na przedstawieniach ludowych zawsze ma powodzenie mysz duża jak słoń lub mucha wielkości wołu. Kiedy klaun w cyrku, patrząc z podziwem na sztuki konia posłusznego każdemu skinieniu swego pana, zawoła do publiczności: „jest rzeczą zadziwiającą, jak te owady można wykształcić” — odwrotna strona myśli jest zabawna, gdyż w naszym mózgu następuje błyskawiczne porównanie rumaka z komarem lub muszką. Gdy Dickens mówi o damie, którą nieśli do domu „w potoku łez i w lektyce”, wówczas zabawnie oddziaływa bezpośrednie poczucie niewłaściwości.
Gdy kuglarz, pokazując wypchanego krokodyla, mówi: „Panowie i panie: to ekscentryczne zwierzę zamieszkuje samotną wyspę, odległą o siedemdziesiąt pięć mil od jakiegokolwiek lądu lub morza” — wówczas prawdziwa naturalność głosu czyni ten absurd jeszcze zabawniejszym.
Dla Anglików i Amerykanów dowcip posiada swoją godność i szlachetny cel, gdyż przy odpowiednim użyciu jest rozumny, moralny i pobudzający w najwyższym stopniu. Porson uważa „dowcip za rozum najlepszy w świecie, bowiem wszystko prawdziwie dowcipne jest — według niego — jądrem zwartej myśli, samym ekstraktem rozumu”.
Toteż nawet kaznodzieje posiłkują się tam bronią dowcipu i satyry w przekonaniu, że na ambonie humor działa nieraz więcej niż powaga. Rowland Hill widząc, że niektórzy chronią się do kościoła przed deszczem, powiedział z ambony: „Słyszałem o ludziach, którzy z religii robią płaszcz, lecz dopiero dziś poznałem takich, którzy z niej czynią parasol”.
Dowcip jest darem indywidualnym, humor zaś przeważnie narodowym, tak że ze znamiennych rysów danej humorystyki można by odgadnąć jego pochodzenie narodowe.
Doktor Davies w swym pracowitym dziele Fun, Ancient and Modern mniema, że nawet z epigramatycznych drobiazgów humoru można poznać, czy są irlandzkie na przykład, czy szkockie.
Irlandczyk odznacza się w swoim humorze pewną naiwnością satyryczną. Zapytany, na którym piętrze mieszka, odpowie: „Gdyby dom przewrócił się do góry nogami — to na pierwszym”. Inny twierdzi, że księżyc jest „dwa razy lepszy od słońca, bo świeci w nocy, gdy tego potrzebujemy, słońce zaś przyświeca we dnie, gdy nam go wcale nie potrzeba”. Zapytany, dlaczego trzyma świnie w mieszkaniu, gdzie jest rodzina — odpowiada: „A czemuż nie? Czy to miejsce niewygodne, żeby świnia mogła żądać lepszego?”.
Humor Szkota jest zwykle suchy i szorstki. Strzeże się on zawsze stopni najwyższych w wyrażaniu swego uznania czy podziwu. Przezorność wrodzona nakazuje mu unikać zagalopowania się w danym kierunku przy ocenie ludzi, rzeczy i wypadków. Na słowa: „to jest dobry dzień”, odpowie zazwyczaj: „tak, widziałem gorsze”. O najlepszej żonie powie tylko „niezła kobieta”; o znanym powszechnie dobroczyńcy wyrazi się: „nienajgorszy człowiek na świecie”. Usłyszawszy jakąś rzecz zupełnie nową a mądrą, powie na pewno: „Właśnie myślałem tak samo”. Szkotka, żegnając się przed samą śmiercią z siedzącym u jej wezgłowia mężem, starym szewcem, rzecze do niego:
— Wygrałeś, Janie, swoją sprawę. Byłam dla ciebie bardzo dobrą żoną.
— O tak, średnią, moja Dżenny, średnią — odparł małżonek.
— Janie, obiecałeś pochować mnie na starym cmentarzu w Stravon, przy mojej matce. Nie mogłabym leżeć spokojnie wśród obcych ludzi w Glasgow, brudnym i błotnistym.
— Dobrze, dobrze, moja żono — odpowiada małżonek pieszczotliwie. — Spróbujemy naprzód w Glasgow, a gdybyś tam nie miała spokoju, to spróbujemy w Stravonie.
Humor amerykański, na wskroś narodowy, ma swoje odrębne cechy, właściwe arcyzłożonemu charakterowi Jankesa, który jest osobliwszym mieszańcem, wyrosłym wśród nowego świata na starym pniu purytańskim. Mistyczna praktyczność, zapał roztopionego żelaza, kwaśno-szczery humor, a wreszcie skąpa i twarda szlachetność — oto znamienne cechy Jankesa.
„Uczciwość jest najlepszą policją, mój przyjacielu — poucza Jankes — ja to wiem, bo obie zdradziłem”. „Czy, chłopcze, porachowałeś te świnie?” „Wszystkie, z wyjątkiem jednej — brzmiała odpowiedź — gdyż ta jedna tak się w kółko kręciła, że jej porachować nie mogłem”. Młody człowiek wzięty do wojska błaga o uwolnienie ze względu, że jest jedynym synem wdowy, która go utrzymuje.
Humor amerykański zasadza się po większej części na mieszaninie rzeczy arcypoważnych z zabawnymi, na bijącym w oczy fałszu, który pragnie uchodzić za prawdę, lub na upowszechnionej i pospolitej prawdzie, która ma pretensję do nowości. Kochają się też w takich porównaniach i zwrotach, które są zabawne przez niespodziankę zawartą w ostatnich paru wyrazach.
„Statek tak lekki, że można nim żeglować... po rosie”. „Ów człowiek był tak ciężki, że cień jego padłszy na chłopca... zabił go”.
Albo taki napis na nagrobku żony:
„Tu, pod tym żona moja pochowana głazem!
Teraz ona w spokoju — a i ja zarazem!”.
Dowcip amerykański ma trzy główne korzenie, wyrastające z charakteru narodowego i ściśle związane z pierwszą historią Amerykanów.
Na pierwszym planie stoi kolizja pomiędzy interesem a bogobojnością; jest to obfite źródło komedii dla cudzoziemców. Ci pierwsi ojcowie emigranci, którzy wyszli dla zdobycia nowego świata i wytworzenia nowej cywilizacji, tak byli przezorni wielce, jak pobożni.
Nawet będąc męczennikami idei religijnych, wcielali się w praktyczną stronę rzeczywistego życia.
— Janie — mówi pobożny handlarz amerykański — czy pomieszałeś piasek z cukrem?
— Tak, panie.
— Dodałeś słoniny do masła?
— Tak, panie.
— Pomączyłeś imbir?
— Tak, panie.
— No, to idź do pacierza.
Satyra Irvinga, wymierzona przeciwko prawnikowi Jankesów, który, ujrzawszy widmo, nawrócił się i już odtąd nigdy nie oszukiwał „z wyjątkiem, gdy chodziło o jego własną korzyść”, uderza właśnie w to faryzeuszostwo religijne, które bez względu na swą ohydę moralną stanowi dla pisarzów amerykańskich niewyczerpaną skarbnicę humoru.
Inną podstawą tego humoru jest kontrast narodowy, jaki istnieje dla każdego Amerykanina pomiędzy Jankesem a biednym czerwonoskórym. Irving i Ward stworzyli do spółki wielką sztukę na ten temat pod tytułem Knickerbocker.
Wreszcie kontrast pomiędzy kolosalnością natury amerykańskiej a małością człowieka, zwłaszcza europejskiego, zdaje się być niewysychającym nigdy źródłem zabawy dla humorystów.
Według dowcipu jednego z nich Niagara zgasiłaby Wezuwiusza w dziesięć minut. Nasze największe rzeki są w porównaniu z Missisipi i Missouri tylko szemrzącymi strumykami. Alpy i Pireneje to karły, a nasze pola i drzewa mają się jak pastwiska i krzewy do dziewiczych lasów i bezbrzeżnych stepów Ameryki. Turysta-Jankes zapytany, jak mu się podobała Wight, angielska wyspa, odpowiedział: „Dość ładna, lecz niebezpieczna, gdyż można bardzo łatwo spaść z łóżka w morze, tak jest maleńka”. Umieją też Amerykanie drwić i z siebie.
„Mężowie z Rochester — przemawia Webster do mieszkańców tego miasta — cieszę się, że widzę i was, i wasz zacny gród. Dżentelmeni! Widzę wasz wodospad, który ma sto pięćdziesiąt stóp wysokości. Jest to bardzo interesujący fakt. Dżentelmeni! Rzym miał swego Cezara, swego Scypiona, swego Brutusa, lecz Rzym w swoich najświetniejszych dniach nie miał nigdy wodospadu o stu pięćdziesięciu stopach wysokości. Dżentelmeni! Grecja miała swego Peryklesa, swego Demostenesa, swego Sokratesa, lecz Grecja w swoich najświetniejszych dniach nigdy nie miała wodospadu sto pięćdziesiąt stóp wysokiego. Mężowie z Rochester! Ten naród nie straci swojej wolności, który ma wodospad na sto pięćdziesiąt stóp wysoki”.
Albo inna humoreska o Ameryce:
„To jest sławny kraj! Ma on rzeki dłuższe, bardziej błotniste, głębsze, bystrzejsze, wznoszące się wyżej i spadające niżej, a czyniące więcej szkody niż jakiekolwiek rzeki na świecie! Nasze wagony są obszerniejsze, wspanialsze, wykolejają się częściej i zabijają ludzi daleko więcej niż wszystkie koleje świata. Nasze parostatki wiozą więcej ciężaru, są dłuższe i szersze, zaś kotły wybuchają na nich daleko częściej i wyrzucają pasażerów nierównie wyżej niż parostatki innych narodów. Nasi mężczyźni są wyżsi i grubsi, biją się częściej i lepiej, piją mniej wódki i palą mniej tytoniu, a plują dalej i wyżej niżeli w innych krainach. Nasze panie są bogatsze, piękniejsze, marnują więcej pieniędzy, łamią więcej serc, noszą pierścionki grubsze, a suknie krótsze, wyzywają zaś diabła daleko lepiej niż inne niewiasty w świecie. Nasze dzieci krzyczą głośniej, rosną szybciej, są zbyt wybujałe w stosunku do swoich majtek i dochodzą do lat dwudziestu o kilka miesięcy wcześniej niż inne dzieci we wszystkich krainach świata”.
W licznym szeregu amerykańskich humorystów najwyżej stanął pod każdym względem i cieszy się największą popularnością równie w Ameryce, jak w Europie Samuel Langhorne Clemens, piszący pod pseudonimem Mark Twain.
Clemens urodził się we Florydzie 30 listopada 1835 roku, a swoje dzieciństwo spędził w mieście Hannibal nad brzegiem Missisipi. W owym czasie rzeka ta była wielkim gościńcem handlowym pomiędzy stanami średnio zachodnimi a Nowym Orleanem, więc statki najrozmaitszego typu przepływały nieustannie, pochłaniając całą uwagę i zajęcie wszystkich nadbrzeżnych mieszkańców. Nic też dziwnego, że wśród chłopców panowała najwyższa ambicja zostania żeglarzem, sternikiem i kapitanem. Dlatego też mały Clemens błagał rodziców, żeby go oddali na jeden z parostatków krążących pomiędzy St. Louis a Orleanem, rodzina jednak, nie uwzględniając prośby chłopca, oddała go na naukę do drukarni brata, w czternastym roku życia. Wyuczywszy się drukarstwa, Clemens pracował następnie w St. Louis, Cincinnati, Filadelfii, Nowym Jorku i innych wielkich miastach. Niezadowolony wszakże z tego zajęcia, wrócił na zachód, żeby urzeczywistnić swoje dziecinne marzenia i zostać żeglarzem na Missisipi. Więc zostawszy nim, z całą gorliwością młodzieńca, jak sam się wyraża, learned the river, to jest poznał rzekę. Właśnie wtedy zdobył swój pseudonim. Przy sondowaniu rzeki wołano zwykle: Mark one, Mark twain, Mark three i tak dalej, co znaczy „jedna, dwie, trzy miary”. Osłuchawszy się tych wykrzykników, Clemens przyjął później „Mark Twain” za swe nazwisko literackie.
Gdy w 1861 roku żeglarstwo na Missisipi upadło, Clemens udał się do Nevady jako sekretarz swego brata, który był agentem rządowym przy kopalniach srebra, i w tej dzikiej krainie wystąpił po raz pierwszy jako dziennikarz pod pseudonimem Mark Twain. Opuściwszy Nevadę, zwiedził Kalifornię i inne miejscowości w stanach zachodnich. W czasie tych wędrówek był kolejno komisantem, dziennikarzem, wydawcą i prelegentem. W 1863 roku zaczął opisywać swe podróże w redagowanym przez siebie dzienniku „Virginia City Enterprise”. W roku następnym osiadł w San Francisco i tu przez jeden rok wydawał dziennik. W 1866 roku zwiedził Wyspy Hawajskie i stamtąd wrócił do Stanów Zjednoczonych z odczytami o swych podróżach, którymi zjednał sobie niemały rozgłos. W roku 1867 zwiedził stany wschodnie, a po przyjeździe do Nowego Jorku wystąpił po raz pierwszy z książką pod tytułem The Jumping Frog and Other Sketches (Żaba skacząca i inne szkice), która swoim świeżym humorem zwróciła ogólną uwagę na autora. W 1867 roku razem z amerykańskimi turystami odbył podróż po Morzu Śródziemnym, zwiedził Palestynę, Egipt, a w końcu i Europę. Podróż tę opisał w książce pod tytułem The Innocents Abroad (Niewinni poza krajem), która w ciągu pięciu miesięcy uczyniła autora sławnym, wszędzie gdzie tylko mówią po angielsku, a według Forda „wsławiła imię Twaina po koniec świata”. Odtrąciwszy ową przesadę, przyznać musimy, że w Niewinnych autor złożył dowody pierwszorzędnego talentu w kierunku humorystycznym. Ten opis podróży jest właściwie satyrą, ośmieszającą tego rodzaju opisy. Historyczne miasta, pałace, muzea, dzieła sztuki, a nawet rzeki i góry swawolny autor przedstawiał w świetle i w barwach na wskroś humorystycznych, jak gdyby odkrywając zupełnie nową Europę. Praca ta miała powodzenie tak olbrzymie i powszechne, że według słów Wrighta już sama wzmianka o autorze Niewinnych wszędzie budziła wesołość. W 1870 roku Clemens osiadł w Buffalo i wydawał tu dziennik pod tytułem „The Buffalo Express” oraz drukował mnóstwo artykułów literackich i humorystycznych w nowojorskim piśmie „Gallaxy Magazine”.
W 1872 roku, po ożenieniu się z kolosalnie bogatą panią Langdon, przyjechał do Anglii z odczytami, które miały wielkie powodzenie, a po powrocie osiadł na stałe w Hartford, w bliskim sąsiedztwie pani Beecher Stowe, słynnej autorki Chaty wuja Toma.
Z kolei następna książka Twaina, nosząca tytuł Roughing it, przedstawia sceny z życia górników w Nevadzie, pełne ruchu, prawdy i humoru. W 1874 roku Clemens wystawił komedię The Gilded Age (Pozłacany wiek), graną w Ameryce z powodzeniem. Bohaterem sztuki jest pułkownik Sellars, jeden z tych zapaleńców złotej gorączki, którym się zdaje, że bez pracy można dojść do olbrzymiej fortuny.
Przy talencie humorystycznym Mark Twain jest psychologiem w subtelnych analizach natury ludzkiej oraz posiada pewną skłonność do patetycznych opowieści. Nic w tym dziwnego; źródło śmiechu graniczy niesłychanie blisko z krynicą łez.
W książce pod tytułem Przygody Tomka Sawyera (1876) autor przedstawia świat dziecinny z wyborną znajomością i widocznym ukochaniem przedmiotu. Bohater opowieści Tomek i jego przyjaciel Huck, obaj dziewięcioletni chłopcy, otoczeni całym gronem rówieśników, wypełniają książkę swoim arcyzabawnym i do pewnego stopnia romantycznym urwisostwem.
Do tej samej kategorii należy następna opowieść The Adventures of Huckleberry Finn (Przygody Hucka Finna) napisana dopiero w 1884 roku, a mająca nieporównanie wyższą wartość od poprzedniej. Rzecz tę, wysoce oryginalną i ciekawą, dajemy właśnie naszym czytelnikom w polskim przekładzie, nadmieniając tylko celem wyjaśnienia zasadniczych w niej szczegółów, że wypadki przedstawione w tej powieści rozgrywają się w epoce, kiedy jeszcze kwitło niewolnictwo w Ameryce i kiedy nie tylko prawo zajadle ścigało tych wszystkich, którzy by pomagali Czarnemu w ucieczce lub opiekowali się zbiegiem, ale i opinia publiczna piętnowała tego rodzaju humanitarne objawy.
Punch, Brothers, Punch (1878) jest humoreską niestojącą na wysokości poprzednich. To samo trzeba powiedzieć o The Decay of Lying (Upadek kłamstwa), Crime in Connecticut (Zbrodnia w Connecticut), trawestacji poematu Edgara Poego i The Stolen White Elephant (Skradziony biały słoń). Za to A Tramp Abroad (Włóczęga na obczyźnie) (1880) ma niepospolitą wartość. Jest to w rzeczywistości rodzaj wybornego przewodnika po Europie, ilustrowanego mnóstwem dowcipów i żartów. Najzabawniejszą część książki stanowią Appendices (Dodatki), wśród których spotykamy humoreskę o języku niemieckim i jego niezbędnej reformie. Wyrazy niemieckie, według autora, „są tak długie, że posiadają... perspektywę; na oznaczenie rzeczy nie ma wyrazów, ale całe procesje alfabetyczne”. „Możesz przyczepić — pisze autor — jakikolwiek wyraz do końca innego i otrzymasz znaczenie według woli. Zacznij od Schlagader, co znaczy arteria, a przystawiając na końcu wszystkie wyrazy ze słownika, będziesz miał za każdym razem co innego. Taką samą przysługę odda i wyraz Zug. Ja bym dla udoskonalenia mowy niemieckiej projektował przede wszystkim zniesienie celownika, który niepotrzebnie bruździ w liczbie mnogiej, posunąłbym czasownik ku frontowi, żeby wszak raz zszedł się z podmiotem, przeniósłbym kilka silnych wyrazów z angielskiego, zreorganizowałbym płeć zgodnie z wolą Stwórcy, wyrzuciłbym do licha owe nieskończonej długości wyrazy złożone albo je podzielił na sekcje dla wypoczynku mówiącego, gdyż pokarm umysłowy, jak każdy inny, przyjemniej spożywać łyżką niż szuflą. Zaleciłbym mówcom zatrzymywać się we właściwym miejscu, bez dochodzenia do nieszczęsnych haben sind gewesen, gehabt haben, geworden sein, które zamykają każdą mowę. Wreszcie zniósłbym nawiasy, a zatrzymawszy tylko wyrazy Schlag i Zug z ich odpowiednikami i wyraz also, wyrzuciłbym resztę ze słownika. To by znacznie uprościło język! Moje studia filologiczne doprowadziły mnie do przekonania, że jeśli osoba rozgarnięta mogłaby nauczyć się (prócz wymowy) języka angielskiego w czterdziestu godzinach, francuskiego w czterdziestu dniach, to niemieckiego w czterdzieści lat”.
W powieści pod tytułem The Prince and the Pauper (Książę i żebrak) autor daje nam obraz życia w czasach Edwarda VI, króla Anglii, przedstawiając czytelnikowi Londyn w początkach XVI wieku, z jego pałacami i lepiankami, ze słynnym Towerem napełnionym więźniami z wyższych sfer, z paradami wojskowymi i tym podobne. Bajka zasadzająca się na zamianie stroju pomiędzy młodziutkim królem Edwardem a biedakiem Tomem Cantym oraz na przeróżnych następstwach tej zamiany grzeszy nadmierną patetycznością.
Do najpiękniejszych utworów Clemensa należy Life on the Mississipi, w którym to dziele autor z wielkim artyzmem odtworzył życie żeglarzy, tak kiedyś przez niego umiłowane. Pełno tu pięknych opisów przyrody i malowniczych obrazów społeczeństwa amerykańskiego w danej epoce.
W powieści pod tytułem Connecticut Yankee in King Arthur’s Court (Jankes na dworze króla Artura) Twain przeniósł typowego Jankesa dzisiejszych czasów w epokę Okrągłego Stołu. Swoje przygody razem z królem Arturem i z Lancelotem, pogardę dla zwyczajów rycerstwa i niesmak, jaki mu sprawia ciemnota rycerzy Okrągłego Stołu, zabawnie opowiada sam bohater, który, uzbrojony w wiedzę nowożytną, góruje nad Merlinem, czarnoksiężnikiem, wprowadza do kraju telefony i bicykle, urządza faktorie i szkoły, przekształcając starą Brytanię w nowożytną.
W powieści Pudd’nhead Wilson (Tępa głowa Wilson) autor złożył jeden dowód więcej, że jest dzielnym obserwatorem życia i że umie głęboko wnikać w dusze swoich współziomków. Jak w Tomku i Hucku przedstawia typowe amerykańskie dzieci, tak tu z dużą plastyką nakreślił charakter męża.
Personal Recollections of Joan of Arc jest romansem historycznym o mężnej Dziewicy Orleańskiej. Do tego dzieła Twain przez rok zbierał w Paryżu materiały z największą gorliwością historyka.
Oto wszystkie ważniejsze prace Marka Twaina. Komu wystarczy zdanie Thackeraya, że głównym celem pisarza humorysty jest rozbudzanie i utrwalanie miłości, współczucia, dobroczynności i miłosierdzia dla słabych, biednych, uciśnionych i nieszczęśliwych, a wstrętu i pogardy dla fałszu, pychy i wszelakiego szalbierstwa; jeśli od humorysty wymagamy, żeby był nie tylko bawicielem swych czytelników, lecz i artystą, który w całej pełni daje nam swoją intuicję o świecie i życiu ludzkim, jeśli zadowala nas tylko taki humor, który posiada twórczą siłę, będącą wyjątkowym przywilejem niepospolitych umysłów, to i przy takim dziale spraw możemy przyznać Twainowi, że jest prawdziwym humorystą.
Ma on cięte i ostre pióro, a serce miękkie i szlachetne. Śmieje się z głupoty, piętnuje zło, jednak w najgorszym okazie ludzkim widzi człowieka i ma dla niego pewne współczucie. Gdyby czytelnik nie wiedział od biografów Twaina, że jest on człowiekiem najzacniejszym, sam by się o tym przekonał z jego utworów. Przede wszystkim kto tak kocha dzieci, nie już jak ojciec, bo to zwyklejsze, ale jako obywatel kraju widzący w tych drobnych istotkach przyszłe szczęście, wielkość i odrodzenie swego narodu — ten już musi być dobry. Obcuje on też z dziećmi w swoich utworach z bardzo widoczną rozkoszą i jest ich znakomitym psychologiem. Co to za świetny epizod miłości dziewięcioletniego chłopca i siedmioletniej dziewczynki w Tomku Sawyerze! Co za prawda w humorystycznym przedstawieniu zabawnego romansu tych dwojga dzieci...! Jak dalece Twain umiłował te przyszłe pociechy narodu, świadczy między innymi pełen humoru, a dziwnie rozrzewniający toast, jaki wzniósł w imieniu dzieci (The Toast of the Babies) na uczcie w Chicago, wydanej dla niego przez generała Granta.
Humor Twaina, zbyt powierzchowny i gwałtowny w pierwszych utworach, pogłębił się z czasem i uspokoił, co świadczy o ciągłym doskonaleniu się tego pisarza, który celuje również w niezmiernie malowniczym odtwarzaniu cudów przyrody, gorąco przez niego ukochanej.
Powodzenie Twaina jako pisarza jest w Ameryce kolosalne; ceni go również i Europa, która przyswoiła sobie prawie wszystkie jego utwory. Toteż każda linijka autorstwa Twaina jest obecnie na wagę złota. Jego biografowie podają, że do 1894 roku zarobił piórem czterysta tysięcy dolarów. Twain umiał jednak zdobywać nie tylko złoto, lecz, co więcej znaczy, miłość ludzi. „Jest on kochany — mówi historyk Wright (American Men of Letters) — i w domu, i poza domem, gdyż dzięki swemu charakterowi wszędzie zdobywa przyjaciół”. „Niech nam Twain żyje jak najdłużej — tak kończy swą pracę o nim Robert Ford (American Humorists Recent and Living) — gdyż swoim piórem daje współziomkom więcej zdrowia i szczęścia niżeli cała armia doktorów ze skalpelami i apteką”.
Mark Twain umarł dnia 21 kwietnia 1910 roku w Danbury, Connecticut, licząc lat siedemdziesiąt cztery.
J. A. Święcicki
Cywilizowanie Hucka. — Mojżesz w trzcinach. — Miss Watson. — Tomek Sawyer czeka na mnie.
Muszę państwu powiedzieć, że ja i Tomek Sawyer, mój przyjaciel, znaleźliśmy pieniądze, które rabusie ukryli byli w jaskini, i to nas wzbogaciło. Dostaliśmy każdy po sześć tysięcy dolarów, samym złotem. Otóż sędzia Thatcher wziął je i oddał na procent, co nam przynosiło każdemu po dolarze dziennie przez cały rok. Wdowa Douglasowa wzięła mnie do siebie za syna i obiecała, że mnie ucywilizuje; ciężko jednak było wytrwać w tym domu, tak okropnie porządna i przyzwoita była wdowa i wszystkie jej postępki. Toteż ile razy nie mogłem wytrzymać, wymykałem się do beczki po cukrze, włożywszy na siebie stare łachmany; czułem się całkiem swobodny. Tomek Sawyer zawsze mi obiecywał, że zebrawszy bandę rozbójników i stanąwszy na jej czele, przyłączy mnie do niej, bylebym tylko pozostał u wdowy i wiódł porządne życie. Wracałem więc do niej.
Wdowa płakała nade mną, nazywając mnie biedną, zbłąkaną owieczką i dając mi różne inne przezwiska, którymi zresztą nie chciała mnie krzywdzić. Sprawiła mi też nowe ubranie, w którym się strasznie pociłem, bo było ciasne. Gdy wdowa zadzwoniła na wieczerzę, trzeba było zaraz przychodzić i czekać, aż ona, spuściwszy głowę, pomruczy trochę nad jedzeniem, z którym, prawdę rzekłszy, nic się nie działo.
Po wieczerzy wdowa wydobywała księgę i uczyła mnie o Mojżeszu i o trzcinach. Aż poty na mnie biły, tak pragnąłem dowiedzieć się wszystkiego o Mojżeszu, ale gdy się okazało, że on już od dawna nie żyje, przestałem dbać o niego, bo co mnie tam obchodzą umarli.
Poczuwszy pociąg do tytoniu dość wcześnie, prosiłem wdowę, żeby mi pozwoliła palić; otrzymałem jednak odpowiedź, że to brzydki nałóg, że z tego w domu nieporządek, więc że palić nie powinienem. Tak właśnie jest z niektórymi ludźmi. Wdowa zawracała mi głowę Mojżeszem, który jej ani brat, ani swat, i nikogo nie obchodzi, skoro już umarł, i broniła mi palić, a sama zażywała tabakę, uważając to, ma się rozumieć, za dobre — ponieważ ona to robiła.
Jej siostra, miss Watson, nieco przychuda stara panna, z puklami zwiniętymi w obwarzanek na skroni, zamieszkawszy z nią, gnębiła mnie elementarzem, znęcając się nade mną co dzień przez pół godziny. Nie mógłbym wytrzymać dłużej! Potem z dobrą godzinę bywało śmiertelnie nudno, więc też zaczynałem się kręcić. Wtedy miss Watson mawiała:
— Huckleberry, po co kładziesz tu nogi?
Albo:
— Nie garb się tak, siedź prosto.
Parę minut później znów zrzędziła:
— Nie otwieraj ust, nie przeciągaj się tak, dlaczego nie siedzisz przyzwoicie? — I opowiadała mi o tym miejscu, gdzie dusze idą za karę. Gdy rzekłem, że chciałbym się tam dostać, aż oniemiała ze zgrozy, choć nie miałem zamiaru powiedzieć nic złego. Po prostu pilnie mi było pójść sobie gdzie indziej, pragnąłem zmiany, nie będąc wcale wybredny w wyborze miejsca. Miss Watson twierdziła, że to grzech tak mówić i że ona za nic w świecie nie powiedziałaby tego, albowiem pragnie się dostać do miejsca wiecznej szczęśliwości. Nie widząc dla siebie żadnej korzyści w przebywaniu gdziekolwiek razem z nią, postanowiłem nie starać się o to. Tego jednak nie powiedziałem, bo byłaby nowa afera, a pożytku żadnego.
Wziąwszy więc nade mną górę, poczęła opowiadać wszystko, co tylko było jej wiadomo o miejscu onej szczęśliwości. Mówiła, że człowiek, nic tam nie robiąc, będzie tylko siedział z harfą i śpiewał. Jakoś mi się to nie podobało, ale nie pisnąłem ani słówka. Spytałem tylko, czy Tomek Sawyer tam pójdzie. A ona:
— Nie! Daleko mu do tego!
Bardzo się wtedy ucieszyłem, chciałem bowiem, żebyśmy zawsze byli razem.
Ale miss Watson ciągle miała do mnie o coś pretensje, aż mi się to w końcu uprzykrzyło. Niezadługo potem zaczęła sprowadzać wszystkich Czarnych na pacierz, a po pacierzu każdy musiał iść do łóżka. Więc i ja poszedłem z kawałkiem świecy do swego pokoju, a postawiwszy ją na stole, sam siadłem na krześle przy oknie i próbowałem myśleć o czymś wesołym, ale na próżno. Czułem się taki samotny i taki smutny, że prawie pragnąłem już śmierci. Gwiazdy świeciły na niebie, w pobliskim lesie jakoś posępnie szumiały liście; w oddali odzywała się sowa, zawodząc po kimś, kto już umarł; przy domu pies i puszczyk, wzajemnie sobie wtórując, zapowiadały komuś śmierć; wiatr usiłował coś mi powiedzieć, coś do ucha szepnąć, a ja nie mogłem zrozumieć, o co idzie, i aż mnie dreszcze przejęły. Zapragnąłem jakiegoś towarzystwa. Aż oto pająk zaczął mi leźć po ramieniu. Strąciłem go tak silnie, że wpadł w płomień; zanim zdążyłem dobiec do stołu, już był nieżywy. Nie wątpiłem, że to zły znak i że śmierć pająka pewno przyniesie mi smutek, toteż przestraszony, zacząłem z siebie zrywać ubranie. Po trzech obrotach w kółko, przy żegnaniu się za każdym razem, wziąłem kosmyk swych włosów i szczelnie obwiązałem go nitką, aby oddalić od siebie czarownice, które mogły mnie urzec. Lecz to mi nie przywróciło spokoju. Drżąc ze strachu, wydobyłem fajeczkę, aby się trochę zaciągnąć, pewny, że wdowa mnie teraz nie złapie. Siedząc tak, słyszę, że w pobliskim mieście zaczyna bić zegar. Bum! bum! bum! Dwanaście razy uderzył — potem znów cisza. Wtem na dole, pośród drzew, trzeszczy złamana gałązka... Coś się tam rusza! Prawie tłumiąc oddech, słuchałem. Po zaledwie chwili dosłyszałem na dole:
— Mia-u! Mi-a-u-u!
Doskonale! Więc ja też:
— Mia-u! Mi-a-u-u! — Jak najciszej...
Zdmuchnąwszy świecę, wyszedłem przez okno na biegnący wokoło domu gzyms. Stamtąd zsunąłem się na ziemię i popełzłem pomiędzy drzewami w głąb ogrodu, gdzie, ma się rozumieć, czekał na mnie... Któż by inny, jak nie Tomek Sawyer!