tłum. Tadeusz Karyłowski
Księga XII
Gdy Turn spostrzegł, że w klęsce Latynów odwaga
Złamana i lud odeń wzrokiem się domaga
Spełnienia obietnicy, gniewem niezbłaganie
Wre i dumę podsyca. Jak na Penów łanie
Ciężko w pierś przez myśliwców zranion lew straszliwy
Porywa się do walki, wstrząsa kudły grzywy
Na karku nasrożonym — niestrwożon obławą
Ugrzęzły pocisk kruszy i grzmi paszczą krwawą:
Nie inaczej gniew w krewkim zapala się Turnie.
Wzburzony, tak do króla odezwie się chmurnie:
«Nie zwleka Turn, nie żąda, by cofnął swe słowa
Trwożny Enej; niech umów zawartych dochowa!
Wyjdę w bój! Czyń obiaty, ojcze, układ stanów:
Albo tą dłonią w Tartar pchnę mroczny, do Manów,
Wygnańca z Azji (siedząc, niech patrzą Latyni,
Jak Turn sam za ich hańbę zadosyć uczyni),
Albo Enej tron weźmie i Lawinię społem».
Na to Latyn odpowie mu z pogodnym czołem:
«Bohaterski młodzieńcze! O ile ty śmiało
W bój rzucasz się, o tyle mnie pilniej przystało
Ostrożnie szukać rady wśród każdej przygody.
Masz kraje ojca Dauna, masz zdobyte grody
Liczne — złota i chęci na okup mi stanie.
Są inne panny w Lacjum, na laurenckim łanie,
Z możnego rodu... Dozwól, że rzucę manowiec
Wykrętów; chociaż przykre to, prawdy się dowiedz:
Mnie córki z zalotników dawniejszych nikomu,
Według wróżb, nie godziło się wydawać z domu.
Miłość dla cię, krwi związki i łzy smutnej żony
Sprawiły, żem na zakaz nie dbał; — zwyciężony,
Cofnąłem obietnice, za oręż porwałem...
Jakich klęsk odtąd los mnie przygniata nawałem,
Sam widzisz, Turnie — ciebie pierwszego to bodzie!
Dwakroć w boju pobici, ledwo strzeżem w grodzie
Italii; nasza płynie krew Tybru topielą
Dotąd — ogromne łany pól kośćmi się bielą...
Przecz waham się? Przecz zmieniam myśl? Jeślim gotowy
Po zgonie Turna Teukrom dotrzymać umowy,
Czemuż, kiedy żyw, nie dbam, by wojna ustała?
Co powiedzą Rutule krewni, co mi cała
Italia powie, kiedy ciebie, coś królewny,
Córki mej, miał być mężem, na zgon wydam pewny?
Zważ zmienność wojen, niech ci stanie przed oczyma
Rodzic stary, którego z dala w smutku trzyma
Ardei gród...»
Te słowa nie zdały się na nic.
Gniew Turna, miast przycichnąć, rozgorzał bez granic.
Gdy jeno dech pochwycił, rzekł, wzburzon ogromnie:
«Porzuć, ojcze najmilszy, wszelką troskę o mnie,
Dozwól sławę okupić zgonem. Zresztą... co tam
Trwożyć się! Ja też oszczep prawicą mą miotam
Niesłabo, i od moich krew tryska uderzeń!
Daleka będzie matka-bogini — strach przeżeń! —
Wśród ucieczki go w mrocznym obłoku nie schowa!»
Nowego boju grozą przelękła królowa
Ściskała Turna z płaczem i śmiertelną trwogą:
«Turnie! Jeśli Amaty łzy wzruszyć cię mogą
I cześć jej... o, podporo w starości jedyna,
Nadziejo ma i chwało królestwa Latyna!
W tobie domu ostoja, któż inny ją da mi?!...
O jedno błagam: Przestań wojować z Teukrami!
Co ciebie, Turnie, spotka pod wroga żelazem,
I mnie też spotka. Życia zbędę z tobą razem
Wprzód, niżbym, branka, zięciem Eneja ujrzała!»
Ze łzami słucha matki Lawinia nieśmiała,
Na twarzy jej wiośnianej rumieńca czar świeży
Zapała i przez lica spłonione przebieży.
Jak kiedy kto słoniową kość szkarłatem splami
Indyjskim, lub jak świecą splecione z różami
Białe lilie: — tak płonie wstydliwa dziewica.
On, miłością przejęty, patrzy w panny lica,
Rwie się w bitwę i krótko odpowie Amacie:
«Przecz łzami i złą wróżbą pierś mi osłabiacie,
Gdy w bój twardy wyruszam z czołem rozjaśnionem?
O matko! Turn nie może cofać się przed zgonem!
Niech Idmon Enejowi, nie czekając do dnia,
Niesie me twarde słowa: gdy zorza przedwschodnia
Ognistym blaskiem nieba zrumieni toń mroczną,
Niech nie rusza wojsk — Teukrzy i Rutule spoczną;
Naszą krwią się ta wojna rozstrzygnie straszliwa:
W tym polu niechaj Enej Lawinię zdobywa.»
Rzekł, wraca do dom, płonąc ogniem niepowszednim,
Każe wieść konie — cieszy się, kiedy rżą przed nim.
Pilumnowi je niegdyś dała Orytyja:
Każdy bielszy od śniegu, w cwale wicher mija.
Krząta się raźno giermków orszak nieleniwy,
Ten głaszcze je po karku, ów czesze włos grzywy.
On sam zbroję, mosiądzem błyszczącą i złotem,
Na barki tęgie kładzie; świetny puklerz potem
Pochwyci oraz szyszak z czerwonymi kity
I miecz, który dla Dauna kuł mistrz znamienity
Ogniowładca i w Styksu falach zahartował.
Potem w dłoń ujmie włócznię, co pod cieniem pował
W pośrodku gmachu stała przy wielkiej kolumnie,
Z Aktora łup, Aurunka, i wstrząsa nią dumnie,
Krzycząc: «O włócznio, próżno do żadnej rozprawy
Nie brana! Teraz pora!... Ciebie Aktor żwawy
W bój nosił — dziś dłoń Turna. Daj uderzyć śmiało,
Przedrzeć ostrzem kolczugę, co osłania ciało
Fryskiego gacha! Włosy za pomocą szczypiec
Trefione, myrrą zlane, brzeszczotem mu przypiec
W kurzu!» — Tak Turn się miota; z płomiennej twarzy
Iskry lecą, blask w oczach namiętnych się żarzy.
Podobnie na zapasy biegnący byk srogi
Wydaje ryk straszliwy i nastawia rogi,
Na pień drzewa prąc gniewnie, wichry wokół siebie
Razami chłoszcze, miałki piach racicą grzebie.
Świecący zbroją, darem matki, Enej śmiały
Podsyca również w piersi Marsowe zapały
Ciesząc się, że bój skończy nareszcie rozejmem.
Druhów i Jula słowem pociesza uprzejmem,
Jawiąc losy; przez posły każe Latynowi
Odpowiedź nieść i prawa pokoju stanowi.
W następnym dniu, zaledwie rozjaśniła Zorza
Szczyty gór, ledwo konie Słońca wstały z morza,
Zionąc z nozdrzy wzniesionych światło pełne krasy —
Już, znacząc plac pod miastem na bliskie zapasy,
Rutule wraz i Teukrzy krzątają się w gwarze.
W środku dla wspólnych bogów zbudują ołtarze
Z darni. Inni zaś wodę i żar niosą społem,
Strojni w białe fartuchy i wieńce nad czołem.
Spieszy tłum Auzonidów, zbrojnych w długie włócznie.
Z otwartych bram. Stąd wali buf Trojan buńczucznie
I tyrreńskie zastępy z bronią jakby sroga
Bitwa w mozół Marsowy wzywała na wroga.
Jawią się pośród szyków w odzieniu bogatem
Wodzowie, strojni złotem i pysznym szkarłatem:
Mnestej z krwi Assaraka, cny Azylas goni
I Messap, syn Neptuna, poskromiciel koni.
Na dany znak huf każdy swe miejsce zabierze;
Wbijają w ziemię włócznie i skłonią puklerze.
Ciekawych rzesze, kobiet bezbronnych gromada
I starców tłum wieżyce i dachy obsiada;
Inni stoją przy bramach wysokich stłoczeni.
Juno ze wzgórza — co dziś Albańskim się mieni
(Wtedy nazwy nie miało, chwała i ozdoba
Obce mu były) — na gród i zastępy oba,
Laurentów oraz Trojan, rzucała wzrok ostry
I tak z nagła ozwała się do Turna siostry,
Boginki, co ma w pieczy pluszczących rzek fale
I zatok (taki zaszczyt królujący w chwale
Juppiter za zabrane dziewictwo jej zsyła):
«O Nimfo, rzek ozdobo, najbardziej mi miła!
Wiesz, że z wszystkich Latynek, które skłonił Jowisz,
By weszły w jego łoże, ty jedna stanowisz
Wyjątek: ciebie chętnie wśród nieba ujrzałam...
Poznaj boleść, Juturno, twą i dłonie załam!
Dopóki los nie bronił i Parki, by stało
Lacjum, Turna i murów twych broniłam śmiało;
Teraz widzę, że z dolą wrogą walczy młodzian,
Że złość Parek i zgon się doń zbliża niespodzian.
I bój, i rozejm smutkiem me serce przygniata...
Ty, jeśli zdołasz wspomóc nieszczęsnego brata,
Spiesz! Słuszna to rzecz! Może nam błysną nadzieje».
Ledwo rzekła, — łzy z oczu Juturna wyleje
I w piersi się nadobne uderzy strapiona.
«Nie pora na łzy — rzekła Saturnka Junona; —
Śpiesz! Gdy można, broń brata, nim śmierć go zabierze,
Lub bitwę wznieć i wszczęte rozerwij przymierze.
Ja sama cię wspomogę...» To rzekłszy, zmieszaną
Rzuci, serce bolesną zraniwszy jej raną.
Tymczasem śpieszą króle: król Latyn wspaniały
Czterema końmi sadzi; skroń mu pełną chwały
Złoty zdobi z dwunastu promieni dyjadem,
Znak Słońca, przodka. Wraz Turn wali jego śladem
Białymi końmi, trzęsąc oszczepami dwoma.
Tam ojciec Enej, w którym początek ma Roma,
Gwieździstą tarczą błyszczy i złotem kolczugi;
Obok Askań, potężnej Romy twórca drugi,
Kroczy. W śnieżystej szacie kapłan, jako pragnie
Obyczaj, niosąc: prosię i wełniste jagnię,
Przed ołtarzem je kładzie pod żarem płomieni.
Oni, ku wschodzącemu słońcu obróceni,
Posypią mąkę z solą, po czym każdy ścina
Sierść z głów ofiar i bóstwa czci libacją z wina.
Zbożny Enej, wyjąwszy z pochwy oręż goły:
«Świadczcie mi — słońce z ziemią, dla której mozoły
Znosiłem, jakich mało dotąd naliczono! —
Ty, Ojcze wszechpotężny, i ty, jego Żono,
Łaskawą bądź mi, błagam! I ty, sławny Marsie,
Którego świętą mocą wszystkich bitew żar się
Zapala! Rzek i źródeł wzywam, bóstw w przestworze
Powietrznym, i tych, które modre kryje morze:
Jeśli los auzońskiemu da tryumf Turnowi,
My do grodu Ewandra powrócić gotowi;
Jul ustąpi i zbrojne zastępy z nim razem
Nie będą odtąd państw tych pustoszyć żelazem!
Jeśli zaś nam zwycięstwo dać zechce Mars srogi —
Jak sądzę i jak raczej zwiastują mi bogi —
Nie chcę, by Teukrom mieli Italczycy służyć,
Berła nie chcę: na równych prawach, bez nadużyć,
Oba ludy we wiecznym dłoń złączą rozejmie!
Ja dam bóstwa i obrzęd, teść Latyn obejmie
Rząd nad wojskiem i ludem; powstanie osada
Teukrów, miastu Lawinia miano swoje nada!»
Tak pierwszy Enej; po nim Latyn, wznosząc lice
Do nieba i ku gwiazdom podnosząc prawicę:
«Ziemi, morzu i gwiazdom klnę się nieśmiertelnym,
Toż przed dziećmi Latony, Janusem dwuczelnym
Przysięgam; niech słów moich Dit słucha kryjomy
I Rodzic, co przymierza umacnia przez gromy!
Dotykam się ołtarzy i świadczę się szczerze;
Tym ogniem, że będziemy szanować przymierze,
Cokolwiek na nas spadnie. — Słów mych siła żadna
Nie zmieni, choćby ziemia stoczyła się na dna
Topieli, w piekło runął błękit pięknolicy:
Jak berło to — (a właśnie miał berło w prawicy) —
Wiotkiej się latorośli nie umai prętem,
Skoro raz od pnia w lesie zostało odciętem,
Tracąc liście i drobne gałązki naokół —
Niegdyś drzewko, dziś snycerz je spiżem wkrąg okuł,
By władcy Lacjum dzierżeć je mogli w swej dłoni».
Takimi słowy rozejm utwierdzali oni
W starszyzny gronie. Potem nad żarem zarzewia
Zarzynają zwierzęta i wyrwawszy trzewia
Żywym, składają misy na ołtarz sczerniały.
Lecz Rutulom od dawna zapasy się zdały
Nierównymi — lęk dziwny w ich piersi się wciska
Tym bardziej, gdy nierówne siły ujrzą z bliska.
Wzmaga trwogę Turn, który w milczeniu głębokiem
Uczcił ołtarz, podchodząc ze spuszczonym wzrokiem
Kolana drżą, młodzieńcze pobladło mu czoło.
Juturna, słysząc głośne szemrania wokoło,
Widząc lęk w twarzach tłumu wzruszonego szczerze,
W tłok śpieszy i Kamersa postać na się bierze,
Co wielkim rodem oraz sławnym ojca mianem
Chlubił się i sam walczył z męstwem niesłychanem.
Tak wiedząc, co zamierza, w szyb zbity się chowa,
Pogłoski różne sieje w tłumie i te słowa:
«Nie wstyd wam, o Rutule, by wszystek lud w mieście
Jednego w bój słał? Czyliż nierówni jesteście
W liczbie, w sile? Ot, Teukrzy wszyscy w bój gotowi,
Arkadzi i etruski huf, wrogi Turnowi!
Na połowę wojsk naszych ledwo wroga stanie...
Jego, po zgonie, przyjmą w swe grono niebianie,
Żyw zostanie tą sławą, co go opromieni —
My, straciwszy kraj, służyć będziemy zmuszeni
Dumnym panom, gdy boju unikamy z dala!»
Tymi słowy młodzieży pierś męstwem rozpala...
Coraz większy i większy wśród wojsk zgiełk się czyni.
Zmienią myśl Laurentczycy i sami Latyni.
Ci, którzy już z pokoju cieszyli się szczerze,
Teraz miecza chcą dobyć, krzyczą, by przymierze
Unieważnić, nad losem litując się Turna.
Do tego większy jeszcze znak doda Juturna
Na niebie — zjawę dziwną, jaką do tej chwili
Nigdy italscy męże zwiedzeni nie byli:
Płowy orzeł, z przestworza różanego ptaki
Nadbrzeżne śledząc, krążył wokół czas niejaki
I pysznego łabędzia, nagle spadłszy z góry,
Nad falą porwał w locie krzywymi pazury.
Wzniośli wzrok Italczycy: wszystko ptactwo nagle
(Dziw wielki!), odwróciwszy lotnych skrzydeł żagle,
Zaciemniając piórami pogodne błękity,
Prze wroga gęstą chmurą — aż lękiem pobity
I utrudzon ciężarem, łup puścił bez zwłoki
Do rzeki, a sam pierzchnął szybko pod obłoki.
Wrzask radości wybuchnął wśród rutulskich kolumn,
Dłoń ściągną do oręża. Pierwszy wieszczek Tolumn:
«To to było — rzekł — o co tak często błagałem!
Poznaję wróżbę bogów! Broń ze sercem śmiałem
Porwij ludu, gdy na cię zbir obcy uderza
Jak na ptaki niemocne, i twoje wybrzeża
Pustoszy; wnet on pierzchnie przez wzdęte mórz fale!
Zewrzyjcie jeno szyki w bojowym zapale,
Brońcie króla, którego porwały wam wrogi!»
Rzekł i na nieprzyjaciół cisnął oszczep srogi,
Wybiegłszy. Świśnie pocisk okuty żelazem
I tnie powietrze. Buchnął wrzask wielki i razem
Zmieszały się szeregi, wzburzone niemało.
Oszczep gna, gdzie dziewięciu mężnych braci stało:
Dorodni wszyscy, krzepkie mający ramiona;
Gilipowi z Arkadii zrodziła ich żona
Tyrrenka. Z tych jednemu — tam, gdzie pas bogaty,
Zdobny złotem, guz sprzęga podpinając szaty —
Pięknemu chłopcu w zbroi świetnej, włóczni ostrze
Przeszywszy pierś, na płowym go piasku rozpostrze.
Zaś dzielnych braci zaraz owładnie gniew ślepy:
Ci miecze chwycą, tamci, porwawszy oszczepy,
Na przebój runą. Przeciw Laurentczycy skoczą;
Trojanie w tłoku z wrzawą się porwą ochoczą,
Agillińcy i w krasnych zbroicach Arkadzi;
Wszystkich jedna chęć boju na miecze prowadzi.
Rozerwano ołtarze; — z warczeniem złowieszczem
Mkną pociski, żelaznym biją wokół deszczem.
Lecą dzbany i głownie. Ucieka sam Latyn,
Unosząc bogi, bite ostrzami rohatyn.
Ci wozy zaprzęgają, a tamci na konie
Skaczą, dobywszy mieczy w ojczyzny obronie.
Messap, którego żądza owładnęła dzika
Zerwać sojusz, Aulesta króla, Tyrreńczyka,
Napiera swym rumakiem. Ów, strwożon okropnie,
Cofając się uderzy o ołtarza stopnie
Głową wraz i barkami. — Jak burzy huragan
Przypadł Messap, w strzemionach stojąc, nieubłagan.
Oszczepem ciężkim wroga skłuje i tak powie:
«Masz za swoje! Dar lepszy tu wzięli bogowie!»
Mkną Italczycy, złupią ciepłe jeszcze ciało.
Korynej, osmalony kół zrywając śmiało
Z ołtarza, Ebusowi — gdy ów w przód się poda
Z mieczem — przytknie do twarzy; jemu wielka broda
Zajmie się, swąd wydając; zaś naparstnik skory
Lewicą strwożonego porwie za kędziory,
Kolanem go do ziemi przyprze i uderza
W bok srogim mieczem. Dzielny Podalir pasterza
Alsa, co w pierwszym szyku przez strzały nań goni,
Mieczem z nagła chce trzasnąć. Ów, w potężnej dłoni
Siekierę wzniósłszy, głowę mu przez środek czoła
Rozłupie i krwią zbroję opryska dokoła...
Tamtego sen żelazny i cisza zamroczy —
Na wieczystą noc jasne zamknęły się oczy.
Lecz zbożny Enej, z gołą głową, wznosząc ręce
Niezbrojne, druhów karci tak w ciężkiej udręce:
«Gdzież gnacie? Skąd tak nagła niezgoda powstała?
O, stłumcie gniewy! Rozejm zawarty i cała
Rzecz skończona: ja tylko bój toczyć mam prawo,
Mnie to zdajcie! Lęk złóżcie! Ja utwierdzę krwawo
Sojusz. Wszak mnie to Turna zwierzył układ święty!»
Kiedy takie przestrogi głosi i zachęty,
Ze świstem nagle lotna uderzy weń strzała.
Nie wiedzieć, czyja ręka ją w tłoku wysłała,
Przypadek li, czy bogi Rutulom tej chluby
Dostąpić dały; — czyn ten osłonił mrok gruby
I nikt z rany Eneja nie chlubił się potem.
Turn widząc, że ustąpił Enej ranny grotem
I wodzów lęk ogarnia, wre znowu ochoczy
Męstwem; o konie woła i oręż wyskoczy
Na pyszny wóz i w dłonie raźno wodze chwyta.
Wielu mężnych uśmierci, wielu, rwąc z kopyta,
Pół żywych rzuca; wozem tłum od trwogi ślepy
Prze, zbiegłym wbija w karki ich własne oszczepy.
Jak nad Hebru falami chłodnymi, krwią splamion,
Mars tarczą grzmi i ufny w potęgę swych ramion
W bój rącze gna rumaki — te polem odkrytem
Sadzą szybsze niż wichry — jęczy pod kopytem
Daleki kraniec Tracji; społem czarna Trwoga,
I Gniew i Podstęp gnają, groźne druhy boga:
Tak Turn w bitwy natłoku pędzi nieubłagan
Dymiące z potu konie i nie szczędzi nagan
Dla ległych wrogów. Pryska krew na wszystkie strony
Spod kopyt, które depcą piach krwią przesycony.
Już Stenela, Tamira i Fola powala:
Tych z bliska włócznią bodąc, tamtego zaś z dala;
Glauka też i Ladosa, których w lickiej ziemi
Imbras rodzic wychował, nauczył ostremi
Władać groty i konno gnać z wichrem w zawody.
Z innej strony do boju Eumedes mknie młody,
Przesławny w boju; jego rodzicem był Dolon.
Miano dziada on nosił; hart ducha, zespolon
Ze siłą, miał po ojcu, któremu, gdy śmiało
Na zwiady szedł, Pelidy wozu się zachciało
W nagrodę; ale inną wziął z Tydydy dłoni
I odtąd Achillesa nie pragnie już koni.
Tego, gdy Turn na polu zobaczył odkrytem,
Najpierw lekkim go z dala ugodził dzirytem,
Wstrzymał konie, z rydwanu skoczył, z twarzą srogą
Podbiegł do wpół żywego, na kark wstąpi nogą,
Z prawicy miecz mu wyrwie, i gardło żelazem
Przeszywa, tymi słowy karcąc go zarazem:
«Oto, Teukrze, zdobyta ziemia! Leżąc, przemierz
Hesperię! Ten wian biorą ci, co pragną lemiesz
Zapuścić w łan mój, szukać tu siedziby skorej!»
Potem od włóczni jego padł Asbit i Chlorej;
Sybarysa, Daresa, Tersylocha zmiata
I Tymesa, gdy runął z dzikiego bachmata.
Jak gdy w kraju Edonów Boreasz gna w szale
Przez nurt egejski, pędząc ku wybrzeżom fale —
Pierzchają chmury, jasne niebo się odsłania:
Tak przed Turnem, gdzie naprze, w tłoku zamieszania
Uchodzą wstecz zastępy. Jego pęd porywa
Wozu — od wichru kita się trzepie straszliwa...
Nie wstrzymał Fegej gniewu, widząc zapęd taki,
Lecz skoczywszy przed rydwan, spienione rumaki
Za cugle porwał, w bok je ciągnął, co sił w dłoni.
Gdy wiesza się przy dyszlu i pierś swą odsłoni,
Szerokie ostrze włóczni pancerz mu strzaskało
Dwoisty, z lekka tylko zadrasnąwszy ciało.
On przecież, zasłoniwszy się kręgiem puklerza,
Gołym mieczem na wroga cios srogi wymierza,
Gdy wtem z nagła pęd szybkich odtrącił go osi
I powalił na ziemię. Turn skoczy, miecz wznosi,
Tnie między hełm i pancerz, a tułów bez głowy,
Buchający krwią ciepłą, rzuca na piach płowy.
Gdy tak Turn pole żniwem zaściela bogatem
Wokół, Eneja Mnestej wraz z wiernym Achatem
I Askań w obóz wiodą, zlanego obficie
Krwią własną; on na długim wspiera się dzirycie,
Wre gniewem, pragnie pocisk wydobyć złamany,
Na pomoc woła druhów, każe spiesznie z rany
Szerokim mieczem wyciąć do cna żelaziwo
Skryte wśród rany, by mógł w bój wrócić co żywo.
Nadszedł Japyks Jazyda, przed wszystkimi miły
Febowi, co z miłości dlań ziół tajne siły
Wyjawił mu, lekarstwa swe najrozmaitsze,
Sztukę wróżb, strzał miotania oraz gry na cytrze.
Ów, ojcu schorzałemu pragnąc ziemski pobyt
Przedłużyć, kunszt leczenia, cichą pracą zdobyt,
Przekładał ponad życie prowadzone hucznie.
Ciężko jęcząc, oparty o potężną włócznię,
Stał Enej niewzruszony wśród młodzi i Jula,
Co ze smutkiem doń lica spłakane przytula.
Peońskim obyczajem obleczon w płaszcz, starzec
Możnymi zioły Feba daremnie ból zarzec
Usiłuje, daremnie wyśledza grot tęgi
I wyrwać chce żeleźce ostrymi obcęgi:
Los nie szczęści, pomocy nie daje Apollin.
Zaś srogi zgiełk z pagórków pobliskich i dolin
Raz wraz rośnie. Wróg zbliża się. — Obłok kurzawy
Kryje niebo; już widać konnicy tłum żwawy,
Grad włóczni pada w obóz; leci w przestrzeń siną
Wrzask młodzieńców walczących i tych, którzy giną.
Wtedy, syna wzruszona męką, Wenus tkliwa
Z kretejskiej Idy sama dyktamnu krzew zrywa,
Co liście ma szerokie, a kwiatów pręciki
Szkarłatne. Dobrze krzewy te zna kozioł dziki,
Gdy z nagła grot zdradziecki utkwi w jego ciele.
Wenus, chmurą twarz kryjąc, przyniosła to ziele. —
Zaprawia zaraz wodę lekarstwem tak rzadkiem
W pięknym dzbanie, a potem domiesza ukradkiem
Ambrozji sok i wonne panaku odwary.
Tym płynem jął obmywać ranę Japyks stary,
Nie znając jego mocy, kiedy nagle z ciała
Ból ustąpił i z rany krew płynąć przestała;
Bez żadnego nacisku grot wypadł, i siły
Na nowo się pierwotną rześkością skrzepiły.
«Podajcie broń mężowi! Przecz więzi was trwoga?»
Krzyknął Japyks i pierwszy podnieca na wroga.
«To nie jest ludzka sprawa, przed cudem twarz skłońcie!
Nie kunszt żaden, Eneju, i nie moja dłoń cię
Leczy: większy bóg większe dzieła znaczy tobie!»
On, chciwy boju, złotą blachą nogi obie
Ubezpiecza i włócznię wstrząsa ponad głową.
Gdy tarcz chwycił i zbroję przyodział na nowo,
Askania tkliwie ściska zbrojnymi ramiony,
Przez przyłbicę całując, i rzecze wzruszony:
«Męstwa i trudu, chłopcze, ucz się od rodzica,
Szczęścia od innych! W boju tym moja prawica
Obroni cię i wielką obdarzy nagrodą.
Ty zasię, kiedy lata ci skrzepią dłoń młodą,
Pomnij w ślady twych przodków ze sercem biec skorem,
Za rodzicem Enejem i wujem Hektorem!»
To rzekłszy, wypadł z bramy obozu, wspaniały,
Wstrząsając wielką włócznią w dłoni. Wraz za wały
Antej i Mnestej runie, z nimi cała rzesza
Wojowników. Kłąb ślepej kurzawy się miesza
W polu; drży ziemia, bita rumaków kopytem.
Widzi Turn mknące szyki wojsk w polu odkrytem,
Widzą Auzońce. Zimny lęk zmroził im łona
Do głębi. Pierwsza pierzchnie Juturna strwożona
Wrzaskiem, nie śmiejąc wytrwać w bojowym mozole,
On zwarty hufiec wiedzie przez otwarte pole.
Jak gdy ku brzegom, z niebios oderwana chmura
Przez pełne morze sunie, wnet trwoga ponura
Owłada serca ziemian — wiedzą, że zwalony
Las runie i obsianych pól zniszczeją plony —
Słychać szum wielki wichrów, na brzeg rwących przed nią:
Tak retejski wódz hufce z mocą niepoślednią
Na wrogów gna; wnet w boju szeregi związali,
Tymbrej mieczem groźnego Ozyrysa zwali,
Archecja Mnestej; Achat tnie wśród zbitych kolumn
Epulona, Ufensa Gijas. — Padł i Tolumn,
Wieszczek, co pierwszy pocisk wyrzucił na wroga.
Zgiełk bije pod niebiosy, nagła zdjęła trwoga
Rutulów: pierzchną, pyłu wzniecając zamiecie.
Enej zbiegłych nie raczy ciąć mieczem po grzbiecie,
Mija prących od czoła. Kędy kurzu chmurna
Zawieja rzednie, pilnym okiem szuka Turna,
Tego tylko na walkę przyzywając srogą.
Więc Juturna, o brata nagłą zdjęta trwogą,
Metyska, co powoził, znienacka obala
Z rydwanu i w kurzawie porzuci go z dala;
Sama wskoczy i dłońmi wodze wstrząsa śmiało.
Przybierając Metyska głos, zbroję i ciało.
Jak jaskółka, w obszerny dom wpadłszy bogacza,
Czarnymi skrzydły kręgi obrotne zatacza,
Zbierając żer dla piskląt, i raz w głąb się zagna
Krużganków gmachu pustych, raz nad grząskie bagna
Zaleci: — tak Juturna po polu krwią zlanem
Przez tłum wrogów rumaki gna; rączym rydwanem
Tu i tam brata w pędzie zwycięsko podwiezie
I nie dając mu walczyć, krwawe mija rzezie.
Również Enej z przeciwka kręte toczy koła,
Śledzi męża wśród szyków rozpierzchłych i woła
Gromkim głosem. Ilekroć obróci nań oczy
I gnając konie w bystrym zapędzie poskoczy,
Tylekroć wstecz Juturna rącze zwraca konie...
Cóż ma począć, strapiony? Daremnie mu w łonie
Wre burza trosk, daremnie goreje gniew ślepy.
Wtem Messap, co w lewicy dwa dzierżył oszczepy
Lekkie, każdy z żeleźcem misternie wykutem,
Jeden z nich na Eneja sprawnym miota rzutem.
Enej stanie, puklerzem pierś kryje bez trwogi
I klęka na kolano; przecież oszczep srogi
Z wierzchołka hełmu kitę mu strąci znienacka.
Wtedy złość nim owładła; widząc, że zasadzka
W krąg czyha, a w pościgu Turna nie dopadnie,
Klnie się niebem, że układ rozerwano zdradnie,
Na zbite hufce runie i pocznie się srogo
W krwi wrogów pławić, zgoła nie szczędząc nikogo
I pełne gniewom swoim rozpuszczając wodze.
Kto z bogów mi opowie rzeź zawziętą srodze
I różne zgony wodzów, których w polu chwały
Dzielny Turn i bohater z Troi zwalił śmiały...
Takież gniewy. Jowiszu, żywią w sercu swojem
Ludy, co miały wiecznym związać się pokojem?!
Dzielny Enej raźnego Rutula Sukrona —
Pierwsze to było starcie — bez trudu pokona:
Z boku, gdzie najłatwiejsza jest droga dla śmierci,
Przez żebra srogim mieczem piersi mu przewierci.
Turn Amyka, strąciwszy z konia, włóczni grotem
Przebija; brata jego Dyjora wraz potem
Tnie mieczem w pieszym boju; dwie ścięte ich głowy,
Ciekące krwią, na wozie w wir niesie bojowy.
Ów Talosa, Tanajsa z Cetegiein, trzech razem
I smutnego Onita uśmiercił żelazem,
Tebańczyka, Perydki dziecię. Ten śmiałemi
Dłońmi zwalił dwóch braci z Apollina ziemi
I Meneta, co próżno nienawidził wojny;
W Arkadii on, nad rybną Lerną żył spokojny,
Nie chcąc sił swoich możnym zaprzedać w usłudze,
Przy ojcu, co najęte orał łany cudze.
Jak kiedy ze stron różnych niecone pożary
W gęstwie zeschłych wawrzynów szaleją bez miary,
Albo jak szybkim pędem walące strumienie,
Głośno hucząc do morza rwą, szerząc zniszczenie
Każdy na swojej drodze: nie inaczej śmiały
Enej i Turn w bój gnają; gniewnymi zapały
Wrą serca, nieznające lęku wobec wroga;
Całą mocą w krąg bitwa rozpala się sroga.
Enej potomka władców latyńskich, Murrana,
Z rodu, w którym jaśniały sławnych królów miana
Strącił z wozu na ziemię złomem wielkiej skały:
Pod rydwan wartkie koła zaraz go porwały;
Niepomne pana swego, co wił się po ziemi,
Stratowały go konie kopyty raźnemi.
Ów Hyllowi, co naprzód parł pośród przechwałek,
Zabiegł i skronie przeszył włócznią. Runął śmiałek,
Przez hełm złoty w mózgu utkwił oszczep srogi.
I twa prawica w boju, Kreteju bez trwogi,
Nie zdzierżyła Turnowi. Bogi też Kupenka
Nie ustrzegły: Eneja dosięgła go ręka;
Runął — nie pomógł puklerz ze spiżu kowany.
I ciebie też laurenckie zobaczyły łany
Eolu, jak zasłałeś ziemię wielkim ciałem,
Choć nie zmógł cię Argiwów tłum sercem zuchwałem
Ni Achil, co Pryjama królestwo w gruz wali!
Tu był kres życia twego: — pod Idą, w oddali,
W Lirnezie dom pozostał, w Laurencie mogiła...
Tak wszystkich wojsk nawała w bój szyki zwróciła:
Lutyni, Teukrzy, Mnestej, Serest pełen chwały,
Messap, koni pogromca, i Azylas śmiały,
Taskowie i Ewandra Arkadzi prą z mocą.
Mąż na męża uderza, społem się szamocą
Bez przerwy, bez spoczynku, w tłoku zamieszania.
Wtedy matka nadobna Eneja nakłania,
By ku murom gromadę wojsk zwrócił zwycięską
Czym prędzej i Latynów nagłą złamał klęską.
On wśród szyków, za Turnem śledząc, końmi toczy
Tu i ówdzie — ku miastu wreszcie zwrócił oczy,
Które stało bezkarnie, piętrząc się nad taras
Wałów — i śmielszy bitwy plan zaczął snuć zaraz.
Mnesteja ze Sergestem i Serestem społem
Woła, na wzgórek wstąpi z rozjaśnionym czołem;
Nie składając puklerzy i włóczni, Teukrowie
W krąg zbiegną się. On, stojąc na kopcu, tak powie:
«Nie zwlekajmy: Jowisza wspomaga nas ręka!
Niech nikt się przedsięwzięcia śmiałego nie lęka:
Gród ten, wojny przyczynę, gdzie włada król Latyn,
Jeśli jarzma nie przyjmą, do ostatnich chatyn
Zburzę i z ziemią zgliszcza dymiące się zrównam.
Mamże czekać, aż w boje Turn wróci i znów nam
Stawi czoło? Zwyciężon znów ruszy w bój zbrojnie?
Ten gród jest głównym węzłem, jest osią w tej wojnie.
Nieście żagwie, pożogą wymuście przymierze!»
Rzekł. Wraz każdy ochoczo do dzieła się bierze.
Klin tworząc, zwartym szykiem pod mury młódź chwacka
Z drabinami gna — ogień rozbłyśnie znienacka.
Pod bramy drudzy pędzą i sieką obrońce,
Inni włóczniami jasne zaciemniają słońce.
Enej wśród pierwszych, gdy się pod murem bój wszczyna,
Dłoń wznosząc wielkim głosem oskarża Latyna,
Przysięga, że zniewolon znów ima się stali,
Gdy dwakroć Italczycy przymierze zerwali.
Pośród trwożnych mieszkańców niezgody zgiełk wzrasta:
Jedni chcą, aby bramy otworzono miasta
Teukrom, samego króla przywodzą ku wałom —
Drudzy, zbrojni, obsadzą każdy murów załom.
Tak kiedy pasterz pszczoły w skalistej czeluści
Znajdzie i z dołu na nie gryzący dym puści:
One z gniewem pośpiesznie woskowe obozy
Obchodzą z głośnym brzękiem wśród lęku i grozy,
Szerzy się woń dusząca — głuchy od jam wnętrza
Szmer słychać i słup dymu pod niebo się spiętrza.
Inny też cios Latynom Fortuna zawodna
Zadała, cios, co miasto całe wstrząsnął do dna:
Gdy królowa ujrzała, że ku murom wrogi
Prą i na dachy miecą zarzewie pożogi,
Rutulów zaś i Turna nie widać — znękana
Sądzi, że śmierć wśród bitwy spotkała młodziana.
Ciężka boleść myśl zdrową zamąci jej w głowie;
Siebie klęski tej źródłem i przyczyną zowie,
Z głośnym jękiem rozpaczy łzami zlewa lica,
Szkarłatny płaszcz rozdziera dłońmi, nieszczęśnica,
I straszną śmierć znajduje na pętli u belki.
Na wieść o tym Latynki podniosą krzyk wielki.
Pierwsza Lawinia dłońmi złocisty włos targa
I różowe policzki szpeci: druhen skarga
Zawtóruje jej: w domu brzmią jęki niewieście.
Stąd żałobna wieść w całym rozszerza się mieście,
Przygnębiając umysły. — W rozdartej odzieży,
Złamany dolą żony i miasta, przybieży
Latyn i swą siwiznę brudnym pyłem szpeci;
Wini się, że wpierw groźnej nie stłumił zamieci,
Eneja jako zięcia przybierając do dom.
Zaś Turn, w polu, ku bitwy najdalszym obwodom
Pędząc, nielicznych zbiegów znużony już goni,
Coraz to mniej się ciesząc rączością swych koni.
Wtem z dala go dochodzi zgiełk i wrzawa głucha:
Zmieszany krzyk przestrachu do bacznego ucha
Doleci mu, zamętu szum i szmer ponury...
«Biada mi! Jakież łkanie wstrząsa grodu mury?
Skąd zgiełk ten, co wśród miasta całego wre srodze?»
Tak rzekł i trwożnym koniom ściągnąć każe wodze.
Doń siostra, twarz i postać mająca Metyska,
Trzymając zaprzęg koni, co rwie się i ciska,
Takimi rzecze słowy: «Tutaj, Turnie śmiały,
Pędźmy Trojan, gdzie droga otwiera się chwały —
Murów miasta tymczasem inni bronić mogą.
Gdy Enej Italczyków gnębi bitwą srogą.
I my też jego Teukrom nieśmy pogrom krwawy:
Nie mniejszych się trofeów doczekasz i sławy!»
Na to Turn:
«O siostro, jam od dawna poznał sztuki twoje,
Gdyś zerwała przymierze i wszczęła te boje —
I teraz próżno zwodzisz! Lecz jakiż bóg, dosyć
Nielitosny, tak wielki trud kazał ci znosić?
Czy chcesz ujrzeć, jak w polu nieszczęsny brat runie?
Bo cóż zrobię? Jak zwodnej zaufam Fortunie?
Widziałem ja, z boleścią straszniejszą od stu ran,
Jak wołając mnie, z druhów mych najmilszy, Murran
Upadał, wielki, wielką zwyciężony raną;
Padł i Ufens nieszczęsny, by na niesłychaną
Nie patrzeć hańbę. Teukrzy broń wzięli i ciało...
Pozwolęż, by gród ginął (co jedno zostało),
Czynem mowę Drancesa stwierdzając sobaczą?
Turna pierzchającego te ziemie zobaczą?
Czyż tak straszno jest umrzeć? — Wy bodaj, o Many,
Sprzyjajcie, kiedy Olimp na mnie zagniewany!
Wolny od skazy, winy tej zgoła nieświadom,
Zestąpię do was, równy mym wielkim pradziadom!»
Ledwo to rzekł, gdy przez tłok wrogów Saces śmiały
Na spienionym rumaku, w twarz ranion od strzały,
Rwie cwałem tuż, wołając Turna jego mianem:
«Turnie! W tobie nadzieja! Nad miastem znękanem
Miej litość! Enej mieczem jak piorun rozbłyska
Grożąc, że w gruzy zwali Italów zamczyska.
Już na dachy w krąg leci płonące zarzewie,
Latyni wzrok ku tobie wznoszą! — Latyn nie wie,
Kogo zięciem swym nazwie i komu dochowa
Przymierza. Stale tobie przychylna królowa
Odjęła sobie życie, nie widząc cię przy nas.
Przed bramą Messap tylko i dzielny Atynas
Podtrzymują szyk. Wokół nich, do rzezi gotów,
Tłum wrogów prze, las nagich zjeża się brzeszczotów
Żelazny — a ty wozem gnasz przez puste trawy!»
Zdumiał się Turn na obraz niedoli tak łzawy
I stanął odrętwiały. W sercu mu zbolałem
Wre wstyd, żałość ze ślepym pomieszania szałem,
Wielka miłość i męstwo, świadome swej siły.
Ledwie mu one mroki z duszy ustąpiły,
Ku murom zwrócił oczy, co żarem mu płoną,
Na wielkie miasto patrząc z twarzą zachmurzoną.
Oto morze płomieni, żrąc piętro po piętrze,
Biło w niebo, objąwszy z trzaskiem wieży wnętrze,
Którą sam z belek dźwignął, sam wzmocnił u pował
Gankami i wysokie mosty pobudował.
«Los zwycięża mnie, siostro! Nie odwódź z walk pola!
Pójdę, gdzie bóg i twarda przyzywa mnie dola,
Stawię się Enejowi i przed gorzkim zgonem
Nie zadrżę: nie zobaczysz mnie z czołem zhańbionym,
Siostro! Lecz wprzód tym szałem poszaleć mam prawo!»
Rzekł i zaraz na ziemię z wozu skoczył żwawo;
Przez wrogów tłum, przez strzały biegnie, smutną siostrę
Opuszcza, w pędzie groty roztrącając ostre.
Jak złom ciężki z gór szczytu oderwanej bryły,
Którą burza strąciła lub deszcze podmyły,
Lub też z laty nadwątlił mokrej pleśni osad,
Z łoskotem leci w przepaść, zerwany od posad,
Przez pola sunie, drzewa, bydło i pasterzy
Rwąc ze sobą: — tak, łamiąc szeregi, Turn bieży
Do murów grodu, kędy krwi strugi po ziemi
Płyną i włócznie lecą ze świsty groźnemi.
Podnosi głos potężny i ręką znak czyni:
«Przerwijcie bój, Rutule, i wy też, Latyni!
Cokolwiek los gotuje, sam zniosę i razem
Za złamane sojusze zetrę się żelazem!»
Rozstąpiono się zaraz i miejsce mu dano.
Zaś ojciec Enej, Turna usłyszawszy miano,
Zaniecha murów, rzuca wysokie warownie,
Przerywa wszelkie znoje wesół niewymownie
I dźwięcząc zbroją śpieszy, by stawić mu czoło:
Tak Atos albo Eryks, tak — szumiąc wesoło
Bujnymi dąbrowami wśród łoskotu pienin —
Śnieżny szczyt w niebo ojciec podnosi Apenin.
Zwrócą oczy Rutule, Trojanie i cały
Huf Italów, wraz z tymi, co dzierżyli wały
I taranem burzyli mur wnętrzny zamczyska;
Złożą broń z barków. Latyn sam podziwia z bliska
Mężów, którzy zrodzeni w różnych krajach, razem
Zeszli się, aby ostrym bój stoczyć żelazem.
Oni, skoro przed sobą plac ujrzą odkryty,
W szybkim pędzie, z daleka rzuciwszy dziryty,
Zerwą się; spiż puklerzy głuchym dudni chrzęstem,
Jęczy ziemia i miecze odezwą się częstem
Szczękaniem. Traf i męstwo ze sobą się splecie.
Jak na Syli ogromnej lub Taburnu grzbiecie,
Kiedy dwa byki, czoła zniżywszy, na srogą
Kuszą walkę — pasterze cofają się z trwogą,
Zmilknie bydło przelękłe, jałowic gromada
Patrzy, kto władnąć będzie, za kim pójdą stada;
One wzajem raz po raz ranią się rogami
Nastawiając łby z mocą; obfita krew plami
Karki ich i łopatki; gaj echem grzmi gromkiem: —
Nie inaczej trojański wódz z Dauna potomkiem
Zewrą się puklerzami; szczęk bije pod chmury.
Sam Jowisz, równe szale dwie wznosząc do góry,
Losy obu walczących mężów na nie kładzie,
Patrząc, kogo z nich dola przeznaczy zagładzie.
Skoczy Turn, naprzód silnie podawszy się ciałem,
Wzniesie miecz ponad głową — i wraz cięciem śmiałem,
Natrze... Krzykną Trojanie i Latyni; z bliska
W napięciu patrzą szyki. Lecz zdradny miecz pryska.
Turn, rozsierdzon, zostałby zgoła bez obrony,
Gdyby zaraz nie pierzchnął. — Pierzchnie przerażony,
Gdy w dłoni strzaskanego miecza ujrzy kawał.
Mówią, że gdy na pierwszą walkę się udawał,
Pozostawił rodzica oręż z nieuwagi
I woźnicy Metyska w dłoń chwycił miecz nagi;
Póki Teukrów czerń w polu pierzchała zmieszana,
Ów starczył; lecz gdy trafił na zbroję Wulkana
Śmiertelny miecz, jak lodu złom strzaskan w pył miałki,
Prysnął. Na płowym piasku lśnią jego kawałki.
Zaczem Turn bez pamięci ucieka, jak zdoła,
To tu, to tam niepewne zataczając koła,
Bo tłumy Teukrów widzi, gdy naprzód się zagna,
Z tyłu mury wysokie i obszerne bagna...
Zaś Enej, choć dolega mu rana od strzały,
Kolana drżą i w biegu ból znosi niemały,
Pędzi za nim i stopą mu stopy naciska.
Tak gończy, kiedy natknie na jelenia z bliska,
Zdybawszy go nad rzeką lub w sieci, co gaje
Osacza, z ujadaniem nań głośnym nastaje; —
Zwierz, przelękły zasadzką, ucieka przez trawy
Nad brzegiem, tu i ówdzie — lecz umbryjczyk żwawy
Gna ziejąc; już, już, zda się, chwyta zdobycz w kielce,
Kłapnie szczęką i — zwiedzion — przystaje, zły wielce;
Zgiełk głośny bije wokół, od jeziora brzega
Grzmią echa, pod niebiosa wrzawa się rozlega.
Turn, uchodząc, Rutulom nie szczędzi przygany;
Po imieniu wołając, błaga o miecz znany.
Enej krzyczy, że w miejscu padnie śmiercią srogą,
Kto by podejść śmiał bliżej — miesza zdjętych trwogą,
Zagładą miastu grozi i nastaje społem.
Pięć razy pędem biegną i skręcają kołem
Nazad, bo nie o małe im chodzi nagrody:
Na szali tutaj Turna krew i żywot młody.
Przypadkiem drzewo Fauna oliwne tam stało
O gorzkich liściach, drogie żeglarzom niemało;
Nieraz na nim, ślub pełniąc, ocaleni z fali
Laurenckiemu bogowi swe szaty wieszali;
Ale Teukrzy krzew święty ścięli, bo nie żartem
Walcząc, chcieli się w polu potykać otwartem.
Tutaj oszczep Eneja, poprzednio ciśnięty,
Tkwił pomiędzy korzenia podatnymi skręty.
Przyskoczył Dardanida, chce wyrwać grot z drzewa,
Aby dosiąc nim wroga, gdy się nie spodziewa
Dopaść z bliska. — Turn wtenczas, nieprzytomny z trwogi:
«Ty, Faunie, i ty, Ziemio! — krzyknie — oszczep srogi
Dzierżyjcie! Wszak jam zawsze czcił wasze ołtarze,
Które hańbi dziś plemię Eneadów wraże!»
Rzekł i nie próżno boga błagał wśród zatrwożeń,
Bo Enej, szarpiąc włócznię wbitą w giętki korzeń,
Darmo trudzi się:, między splątanymi węzły
Korzenia nie drgnął nawet grot, silnie ugrzęzły.
Tymczasem, kształt woźnicy przybrawszy Metyska,
Córka Dauna miecz znowu do rąk bratu wciska.
Wenus, na śmiałej nimfy czyn spojrzawszy gniewnie,
Skoczy i wyrwie oszczep, w twardym tkwiący drewnie.
Zaczem skrzepieni, bronią wstrząsając buńczucznie,
Ten w miecz ufny, a tamten w potężną swą włócznię,
Ciężko dysząc na Marsa znój biegną szalony.
Tymczasem król Olimpu rzecze do Junony,
Co z chmury zrumienionej patrzała na boje:
«Jakiż kres, o małżonko, wezmą plany twoje?
Wiesz dobrze — fatum samo zrządziło tak, nie ja,
Że w grono niebian trzeba nam przyjąć Eneja.
Co knujesz? Czego czekasz w chmur zimnych osłonie?
Słusznaż, by niebian ludzkie miały ranić dłonie?
Słusznaż — bo cóż bez ciebie mogłaby Juturna —
Miecz oddawać i krzepić pobity lud Turna?
Przestań już i do moich się nakłoń nalegań:
Niech ból cię nie przeraża skrycie, losów nie gań,
Niech z ust miłych nie płyną skargi w każdej porze!
Do kresu doszły rzeczy. Przez lądy i morze
Mogłaś gnać Trojan, zbrojnych żar niecić rozterek,
Niszczyć dom, śluby zrywać przez smutnych klęsk szereg:
Dalszych prób zakazuję».
Tak Jowisz ją wini.
Na to z czołem skłonionym Saturnka bogini:
«Znając, wielki Jowiszu, jaką jest twa wola,
Odstąpiwszy od Turna, smutna zeszłam z pola;
Nie widziałbyś mnie pośród powietrznej siedziby,
Znoszącej twe wymówki: tam, w pożodze, niby
Wicher, parłabym szyki w bój. Lecz wola twa tu
Trzyma mnie. Chciałam, żeby nieszczęsnemu bratu
Dopomogła Juturna, ratując mu życie,
Lecz strzał jej z łuku miotać nie kazałam skrycie.
Na zdrój Styksu przysięgam, w ślepej pomście srogi,
Na co jedno niezłomnie przysiąc mogą bogi!
Zbrzydziwszy sobie boje, schodzę bez wahania...
Ale, czego przeznaczeń prawo nie zabrania,
Za Lacjum proszę, twymi wsławione potomki
Gdy szczęśliwym małżeństwom zakończą bój gromki,
Kiedy przymierze naród z nich jeden uczyni,
Nie daj, by stare miano stracili Latyni,
Nie przemieniaj ich w Trojan, do Teukrów nie wliczaj
Dozwól mowę zachować i stroju obyczaj!
Niech wieczne będzie Lacjum i Alby królowie,
Niech Roma z krwi italskiej moc czerpie i zdrowie.
Niech, raz zginąwszy, ginie razem z mianem Troja!»
Z uśmiechem jej król świata rzekł: «Małżonko moja!
Siostrą Jowisza, córką Saturna zaiste
Jesteś, gdy w piersi żywisz gniewy tak ogniste!
Lecz nuże, niech ustąpi zaciekłość tak mocna.
Dajęć wszystko — wyznaję, żem zwyciężon do cna:
Mowę, zwyczaj i miano ojczystej swej ziemi
Zachowają Auzońce. Pomieszani z niemi
Osiędą w kraju Teukrzy. Ja ofiar sposobu
Nauczę, lud Latynów stworzę z ludów obu,
Ród, który z krwi auzońskiej zmieszanej się wzbudzi,
Nad niebian się podniesie cnotą i nad ludzi —
Równej chwały ci żadne nie dadzą plemiona».
Zgadza się, myśl z radością zmieniając, Junona;
Zstąpi natychmiast z nieba i rzuci obłoki.
Rodzic zasię rzecz inną rozważa bez zwłoki:
Jak Juturnę od brata odwołać ze ziemi.
Są dwie jędze okropne, zwane «Straszliwemi»,
Siostry Megery; Noc je ciemna wśród wydrążeń
Zrodziła skalnych; szpetne, z długimi na sążeń
Splotami wężów, skrzydły szybkimi i srogiem
Obliczem. Przed Jowisza zjawiają się progiem,
Gotowe lęk i trwogę do ludzkich nieść komór,
Gdy król bogów choroby lub straszliwy pomór
Chce zesłać, albo bliską wojną grody trwoży. —
Z tych jednę Jowisz wybrał i z górnych przestworzy
Na złą wróżbę Juturnie nieszczęśliwej śle ją.
Ona leci ku ziemi wichrową zawieją,
Jak zgubna strzała, których nędznych dziedzic wioszczyn,
Part lub Cydon w trucizny gorzki wnurzył rozczyn
I z łuku w mroczny przestwór śle niepostrzeżenie;
Grot, świszcząc, niewidzialny raźnie pruje cienie:
Tak ku ziemi śpieszyła córa Nocy chmurna.
Gdy ujrzała Italów i zastępy Turna,
Znienacka bierze na się postać małej sowy,
Co zgliszcza zamieszkując lub puste parowy,
Jęczeniem się naprzykrza w nocy tajemniczem.
Taką postać przybrawszy, przed Turna obliczem
Lata, skrzydłami puklerz potrącając śmiało.
Jemu dziwny lęk z nagła obezwładni ciało,
Włos zdębi się od grozy, głos w gardle mu skona.
Gdy szelest Jędzy pozna Juturna strwożona,
Włos szarpie rozpuszczony, przeczuwszy nieszczęście,
Drapie twarz i na piersi wdzięcznej krwawi pięście.
«Jak, Turnie, mam cię wspomóc teraz? Biednej siostrze
Cóż pozostaje? Jaką opiekę rozpostrze
Nad twym życiem? Czyż mogę zwyciężyć znak taki?
Już, już opuszczam szyki! Nie trwóżcie mnie, ptaki
Obmierzłe! Rozpoznaję zgubne skrzydeł szumy!
Nie mylą mnie, Jowiszu wielki, pełne dumy
Rozkazy twe! Więc tak mi za dziewictwo płacisz?
Przecz wieczne dałeś życie? Przecz podziemia zacisz
Znać nie mogę? Tam ciężkie znikłoby cierpienie,
Wstąpiłabym z nieszczęsnym bratem między Cienie...
Ja nieśmiertelna!... Jakże szczęścia zaznam, biedna,
Bez ciebie, bracie? Jakież dość mroczne bezedna
Ukryją mnie, boginię, przed bólem bez miary?»
To rzekłszy, głowę spiesznie spowiła w płaszcz szary
Głośno jęcząc i w rzeczne wsiąkła uroczyska.
Enej zasię nastaje, oszczepem rozbłyska
Ogromnym i tak woła, spoglądając chmurnie:
«Czemu zwlekasz? Dlaczego ociągasz się, Turnie?
Nie biegiem, ale srogim czas walczyć żelazem!
Zwróć twarz! Co sił masz jeno i sztuki, zbierz razem
Ku walce — spróbuj w niebo skrzydłami szybkiemi
Ulecieć albo skryć się w głębokościach ziemi!»
Ów głową wstrząsł: «Nie trwożą mnie groźne twe słowa,
Ale bóstwa i wroga mi moc Jowiszowa». —
To rzekłszy, rzucił okiem na wielkie głazisko
Mchem obrosłe, co w polu leżało tuż blisko,
Jako znak na granicy ugorów, wśród chwastu;
Ledwo by je dźwignęło dobranych dwunastu
Ludzi, jakich dziś ziemia wydaje. Turn przecie,
Drżącą dłonią porwawszy głaz, na wroga miecie
W pędzie — lecz zgoła dawnej nie rozpoznał siły
W biegu i w chodzie: dłonie z mozołem wznosiły
Ogromny odłam skalny, chwiały się kolana,
A krew mu w żyłach niemoc mroziła nieznana.
Rzucony drżącą ręką męża kamień srogi,
Nie trafiwszy do celu, padł w połowie drogi...
Jak nocą, wśród ciężkiego snu, na próżno chciwie
Zdajem się rwać do biegu w bezsilnym porywie —
Mimo żmudnych wysiłków, nogi krzepkiej za dnia
Nie ruszym, język skołczał, niemoc obezwładnia
Całe ciało, głos nawet w zapędzie się łamie:
Tak Turna, kędykolwiek mężne zwróci ramię,
Bogini sroga nęka. — W piersi jego gra sto
Różnych uczuć. Na ziomków patrzy i na miasto,
Waha się... z lękiem śledzi grożący mu pocisk;
Nie wie, czy natrzeć, czy do szańcowych opłocisk
Uciekać — nie spostrzega rydwanu ni siostry...
Gdy tak waha się, Enej podniósł oszczep ostry,
Zmierzył przestrzeń oczyma i — podan wstecz — ciska
Z daleka: nie tak z kuszy miecon złom urwiska
Warczy w powietrzu, nie tak z chmur czarnych niezbłagan
Grom z hukiem wali... Leci, jak burzy huragan
Niosąca zgubę włócznia, w brzeg tarczy uderza,
Rwie kolczugę, przebiwszy siedem blach puklerza
I ostrzem udo w środku przeszywa. Bezwładnie
Na kolana olbrzymi Turn z chrzęstem upadnie.
Z jękiem skoczą Rutule, grzmi zgiełkiem stok cały
Wzgórza i głuche bory echem odegrzmiały.
On, oczy i dłoń wznosząc, z licem przygnębionem:
«Zasłużyłem zaiste — rzekł — nie drżę przed zgonem.
Użyj praw twych! Lecz jeśli smutne ojca lica
Mogą cię wzruszyć, błagam: i tyś miał rodzica!
Nad Daunem starym litość miej, o Teukrów chwało!
I mnie lub, jeśli wolisz, martwe oddaj ciało
Mym ziomkom! Zwyciężyłeś — i wojsko widziało
Auzońskie, żem dłoń wznosił... Lawinią twą żoną.
Dalej nie sięgaj zemstą!»
Z twarzą rozognioną
Stanął Enej, dłoń wstrzymał, wzrok tocząc surowy
Już, już wahać się począł pod wpływem tej mowy —
Wtem z wielkich barków błyśnie nieszczęsny pas przed nim
I znane guzy blaskiem zalśnią niepoślednim:
Strój młodego Pallasa; Turn, pychą omamion,
Nosił go, jako jedno ze zwycięskich znamion.
Gdy tak ciężkiej boleści pamiątkę na oczy
Ujrzał Enej, wrąc cały gniewem, doń przyskoczy
I groźnie: «Ty, na którym łup z druha się znalazł,
Miałbyś pomsty ujść?! — Pallas cię raną tą, Pallas
Zatraca i w zbrodniczej krwi zmywa zniewagi!»
To mówiąc, w piersi wrogiej utopił miecz nagi
W szale... Tamtemu członki przeszło śmierci drżenie
A dusza z jękiem skargi pierzchła między Cienie.