VI Deszcze się rozpadały na dobre. Już od samego jarmarku świat z wolna zatapiał się w szarych, mętnych szkliwach deszczów, że tylko obrysy borów i wsi majaczyły blade, niby z przemiękłej przędzy utkane. Szły nieskończone, zimne, przenikające szarugi jesienne. Siwe, lodowate bicze deszczów siekły bezustannie ziemię i przemiękały do głębi, aż drzewo każde, źdźbło każde dygotało w bezmiernym bólu. A spod ciężkich chmur, skłębionych nad ziemią, spod zielonawych szarug wychylały się chwilami szmaty pól poczerniałych, przemiękłych, rozpłaszczonych — to wybłyskiwały strugi spienionej wody, płynącej bruzdami, albo czerniały drzewa samotne na miedzach — jak przygięte, nabrzmiałe wilgocią, trzęsły ostatnimi łachmanami liści i szamotały się rozpacznie, niby psy na uwięzi. Drogi opustoszałe rozlały się w błotniste, gnijące kałuże. Krótkie, smutne, bezsłoneczne dnie wlekły się ciężko przegniłymi smugami światła, a noce zapadały czarne, głuche, rozpaczliwe bezustannym, monotonnym chlupotem… Przerażająca cichość ogarnęła ziemię. Umilkły pola, przycichły wsie, ogłuchły bory. Wsie poczerniały i jakby silniej przywarły do ziemi, do płotów, do tych sadów nagich, poskręcanych i jęczących z cicha. Szara kurzawa deszczów przysłoniła świat, wypiła barwy, zgasiła światła i zatopiła w mrokach ziemię, że wszystko wydało się jakby sennym majaczeniem, a smutek wstawał z pól przegniłych, z borów zdrętwiałych, z pustek obumarłych i wlókł się ciężkim tumanem; przystawał na głuchych rozstajach, pod krzyżami, co wyciągały rozpacznie ramiona, na pustych drogach, gdzie nagie drzewa trzęsły się z zimna i łkały w męce — do opuszczonych gniazd zaglądał pustymi oczami, do rozwalonych chałup — na umarłych cmentarzach tłukł się wśród mogił zapomnianych i krzyży pogniłych i płynął światem całym; przez nagie, odarte, splugawione pola, przez wsie zapadłe i zaglądał do chat, do obór, do sadów, aż bydło ryczało z trwogi, drzewa się przyginały z głuchym jękiem, a ludzie wzdychali żałośnie w strasznej tęsknocie — w nieutulonej tęsknocie za słońcem.

------------------------------------------------ Deszcz mżył bezustannie, jakoby kto drobnym szkliwem przysłaniał świat, że Lipce całe tonęły w gęstych tumanach szarugi, spod której tylko gdzieniegdzie czerniały dachy, to obmoknięte płoty kamienne lub te brudne kołtuny dymów, co się wiły nad kominami i wlekły po sadach. Cicho było we wsi, tylko gdzieniegdzie młócono po stodołach, ale z rzadka, bo wieś cała była na kapuśniskach. Pustka leżała na błotnistej, rozmiękłej drodze i pusto było w obejściach i przed domami, czasami tylko ktoś zamajaczył we mgle i ginął wnetki, że tylko człapanie trepów po błocie było słychać albo wóz naładowany kapustą wlókł się wolno od torfowisk i rozganiał gęsi, brodzące za liściami spadłymi z wozów. Staw szamotał się w ciasnych brzegach i przybierał ciągle, bo aż się przelewał w niższych miejscach na drogę po Borynowej stronie, sięgał płotów i bryzgał pianą na ściany chałup. Cała wieś była zajęta wycinaniem i zwożeniem kapusty; pełno jej było po klepiskach, sieniach i izbach, a jak u niektórych i pod okapami siniały kupy główek. Przed domami, wystawione na deszcz, mokły ogromne beczki. Spieszono się na gwałt, bo deszcz prawie nie ustawał, a drogi robiły się grząskie, nie do przebycia. I u Dominikowej dzisiaj wycinano. Już od rana pojechała na kapuśnisko Jagna z Szymkiem, bo Jędrzych ostał i łatał ano dach, że to przeciekał w paru miejscach. Pod wieczór to już było i jakby się ździebko mroczeć zaczynało, to stara raz wraz wychodziła przed dom i patrzała w mgły, ku młynowi, i nasłuchiwała, czy nie jadą jeszcze?… A na kapuśniskach, leżących nisko za młynem, w torfowiskach, wrzała jeszcze na dobre robota. Czarniawe mokre mgły leżały na łąkach, że tylko gdzieniegdzie błyskały szerokie rowy pełne siwej wody i wysokie zagony kapusty, siniejącej bladą zielenią albo rdzawej niby pasy blachy żelaznej, a tu i owdzie majaczyły we mgle czerwone wełniaki kobiet i kupy wyciętych główek. W dali przemglonej, nad rzeką, co płynęła z szumem wskroś gęstych zarośli, siniejących niby chmura, czerniały stogi torfu i wozy, do których donoszono kapustę w płachtach, bo z powodu rozmiękłego gruntu dojechać nie było można do kapuśnisków. Docinali już niektórzy i zabierali się do domu, więc i głosy coraz mocniejsze rozlegały się w mgle i leciały z zagonu na zagon.

Jagna skończyła dopiero co swój zagon, zmęczona była srodze, głodna i przemoczona do skóry, bo nawet i trepy zapadały się w rudy, torfiasty grunt po kostki, że raz wraz je zzuwała, żeby wylać wodę. — Szymek, a dyć się ruchaj prędzej, bo już kulasów nie czuję! — wołała żałośnie, a widząc, że chłopak nie może sobie zadać, wyrwała mu niecierpliwie ogromny tobół, zarzuciła go na plecy i poniesła na wóz. — Parobek z ciebie tyli, a miętki jesteś w grzbiecie, kiej kobieta po rodach — szepnęła pogardliwie, wsypując kapustę do półkoszków wysłanych słomą. Szymek przywstydzony mamrotał coś pod nosem, skrobał się po kołtunach i zaprzęgał konia. — Spiesz się, Szymek, bo noc! — naganiała go znosząc co chwila kapustę na wóz. Jakoż i noc nadchodziła, mrok gęstniał i czerniał, a deszcz się wzmagał, że tylko pluskało po rozmiękłej ziemi i rowach, jakby kto ziarnem sypał. — Józia! skończycie to dzisiaj? — zawołała do Boryniańki, która z Hanką i Kubą wycinała w podle. — Skończymy! Bo i czas do domu, taka plucha, że mnie już do koszuli przejęło. Jedziecie to już? — Juści. Noc zaruteńko i taka ćma, że się drogi nie rozezna. Jutro się zwiezie resztę. Sielną macie kapustę! — dodała pochylając się ku nim i patrząc na majaczące w mgle kupy. — I wasza niezgorsza, a już co korpiele, to macie największe… — Z nowego nasienia była rozsada, dobrodziej przywieźli z Warszawy. — Jagna! — ozwał się znowu z mgieł głos Józi — wiecie, a to jutro Walek Józefów śle z wódką do Marysi pociotkowej… — Taki skrzat! A ma to ona już lata? Widzi mi się, że jeszcze łoni krowy pasała!… — La chłopa to już lata ma, ale i morgów ma tyla, że się parobki śpieszą. — Będą się i do ciebie śpieszyły, Józia, będą… — Jak się tatuś z trzecią nie ożenią! — zakrzyczała Jagustynka gdzieś z trzeciego zagona. — Co wam też w głowie, a toć dopiero na zwiesnę matkę pochowali — powiedziała przetrwożonym głosem Hanka. — Co ta chłopu szkodzi. Kużden chłop to jak ten wieprzak, żeby nie wiem jak był nachlany, to do nowego koryta ryj wrazi… Ho, ho, jedna jeszcze nie dojdzie… nie ostygnie całkiem, a już za drugą się ogląda… pieski to naród… A jak to zrobił Sikora? W trzy tygodnie po pochówku pierwszej z drugą się ożenił. — Prawda, ale i drobiazgu po nieboszczce ostało pięcioro… — Rzekliście! Ale ino głupie uwierzą, że la dzieci się ożenił… la siebie, bo mu markotno było samemu pod pierzyną!… — My byśwa ojcu nie dali, oho!… — zawołała energicznie Józia. — Młódka ty jeszcze, to i głupia… ojcowy grunt, to i ojcowa wola! — Dzieci też coś znaczą i prawo swoje mają — zaczęła Hanka. — Z cudzego woza to złaź choć i wpół morza — mruknęła głucho Jagustynka i zamilkła, bo Józka rozgniewana zaczęła nawoływać Witka, co się był wałęsał gdzieś nad rzeką, a Jagna się nie wtrącała do tej rozmowy — uśmiechała się ino niekiedy, że się to jej jarmark przypomniał, i nosiła kapustę, a skoro wóz był już pełen, Szymek jął wyjeżdżać ku drodze. — Ostajcie z Bogiem — rzuciła do sąsiadek. — Jedźta z Bogiem, my też zaraz… Jaguś, a przyjdziesz do nas obierać, co? — Powiedz ino, kiedy potrza, a przyjdę, Józia, przyjdę… — A w niedzielę chłopaki wyprawiają muzykę u Kłębów, wiecie to? — Wiem, Józia, wiem. — Spotkacie Antka, to powiedzcie, że czekamy, niech pośpieszy — prosiła Hanka. — Dobrze, dobrze…

Pobiegła prędzej, żeby dognać wóz, bo Szymek odjechał był już ze staję, że ino go słychać było, jak klął na konia; wóz grzęznął i zarzynał się aż po osie w rozmiękłym, torfiastym gruncie, że na dołkach i w gorszych miejscach oboje musieli pomagać koniowi, żeby wyciągnął z trzęsawiska. Milczeli oboje, Szymek wiódł konia i zważał, żeby nie wywrócić, bo dołów wszędzie było pełno, a Jagna szła z drugiej strony, podpierała ramieniem wóz i rozmyślała, jak się to trzeba wystroić na to obieranie do Borynów. Mrok zapadał prędko, że ledwie konia widać było, deszcz jakby przestał, tylko mokra, ciężka mgła wisiała, że oddychać było ciężko, a górą szumiał głucho wiatr i bił w drzewa na grobli, do której dojeżdżali właśnie. Podjazd na groblę był ciężki, bo stromy i śliski, koń utykał i co krok przystawał odpoczywać, że ledwie zdzierżeli wóz, żeby nie uciekł. — Nie trza było tyle kłaść na jednego konia! — ozwał się jakiś głos z grobli. — To wy, Antoni?… — Juści. — A pośpieszajcie, bo już tam Hanka was wypatruje… Pomóżcie nam… — Poczekajcie, niech ino zejdę, to pomogę. Pomroka taka, że nic nie widać. Wjechali zaraz na groblę, bo tak potężnie podparł, aż koń ruszył z kopyta i zatrzymał się dopiero na wierzchu. — Bóg wam zapłać, ale też mocni jesteście, że laboga! — wyciągnęła do niego rękę. Zamilkli nagle, wóz ruszył, a oni szli koło siebie nie wiedząc, co mówić, zmieszani dziwnie oboje. — Wracacie to? — szepnęła cicho. — Ino cię do młyna odprowadzę, Jaguś, bo tam w drodze woda wyrwę zrobiła. — To dopiero ciemnica, co? — wykrzyknęła. — Boisz się, Jaguś? — szepnął przysuwając się bliżej. — Hale, bałabym się ta… Znowu zamilkli i szli tak przy sobie, że biodro w biodro, ramię w ramię… — A oczy to się wam świecą jak temu wilkowi… aże dziwno… — Będziesz w niedzielę na muzyce u Kłębów? — A bo to matka mi dadzą… — Przyjdź, Jaguś, przyjdź… — prosił cichym, przyduszonym głosem. — Chcecie to? — zapytała miękko, zaglądając mu w oczy. — Laboga, a dyć ino la ciebie zgodziłem skrzypka z Woli i la ciebie namówiłem Kłęba, żeby dał chałupy, la ciebie, Jaguś… — szeptał i tak przysuwał twarz do jej twarzy, i dyszał, aż się cofnęła nieco i zadygotała ze wzruszenia. — Idźcie już… czekają na was… jeszcze kto nas obaczy… idźcie… — A przyjdziesz? — Przyjdę… przyjdę… — powtórzyła obzierając się za nim, ale już zniknął w mgle, tylko odgłos jego kroków słychać było po błocie.

Dreszcz nią wstrząsnął gwałtowny i coś jak płomień wichrem przeleciał przez serce i głowę, aż się zatoczyła. Ani wiedziała, co się jej stało, oczy ją paliły, jakby zasypane zarzewiem, tchu złapać nie mogła ni przyciszyć serca namiętnie bijącego; rozkładała ręce bezwiednie, jak do obejmowania, rozprężała się w sobie, bo ją brały takie szalone ciągotki, że omal nie krzyczała… dopędziła wozu, chwyciła się luśni i choć nie potrza było, tak potężnie pchała, aż wóz skrzypiał, chwiał się i główki spadały w błoto… a przed oczami cięgiem widziała jego twarz i oczy roziskrzone, pożądliwe… palące… — Smok, nie chłop… chyba takiego drugiego we świecie nie ma… — myślała bezładnie. Oprzytomniał ją turkot młyna, obok którego przejeżdżali, i szum wody płynącej na koła i spod stawideł otwartych, bo przybór był ogromny. Rzeka z rykiem głuchym spadała na dół i rozbita na białą miazgę, kłębiła się i jaśniała w rzece rozlewającej się szeroko. W domu młynarza, stojącym zaraz przy drodze, już się świeciło i przez szyby przysłonięte firankami widać było lampę stojącą na stole. — Mają lampę kiej u dobrodzieja albo i we dworze jakim… — Bo to nie bogacze?… Grontu to ma więcej od Boryny i na precenta pieniądze daje, i na mieleniu to nie okpiwa, co? — ciągnął Szymek. — Żyją kiej dziedzice… Takim to dobrze… Po pokoju chodzą… na kanapach się wylegują… w cieple siedzą… słodko jadają, a ludzie na nich robią… — myślała, ale bez zazdrości, nie słuchając Szymka, któren o ile mrukliwy był, o tyle kiej się rozgadał, to już bez nijakiego końca. Dowlekli się wreszcie do chałupy. W izbie widno było i ciepło, ogień buzował się wesoło na trzonie; Jędrzych obierał ziemniaki, a stara nastawiała kolację. Jakiś stary, siwy człowiek grzał się przy kominie. — Skończyliście, Jaguś? — A ino, telo że ta ździebko, może ze trzy płachty, ostało na zagonie. Poszła do komory się przebrać i wkrótce już się zwijała po izbie i narządzała jedzenie pilnie poglądając i ciekawie na starego, któren siedział w głębokim milczeniu, patrzał w ogień, przebierał ziarna różańca i poruszał ustami. A gdy siadali do kolacji, stara położyła łyżkę dla niego i zapraszała. — Ostajcie z Bogiem… zajrzę tu jeszcze, bo może i w Lipcach ostanę na dłużej… Uklęknął na środku izby, pochylił się przed obrazami, przeżegnał i wyszedł. — Kto to? — zapytała Jagna zdziwiona. — Wędrownik ci to święty, od grobu Jezusowego idzie… dawno go znam, już tu nieraz bywał i przynosił świętości różne… Jakoś ze trzy roki temu…

Nie skończyła, bo wszedł Jambroży, pochwalił Boga i usiadł przed kominem. — Ziąb taki i plucha, że aże mi moja drewniana noga skostniała. — Wam też po nocy i takim błocku łazić… nie siedzielibyście to w chałupie i pacierze se przepowiadali… — mruczała Dominikowa. — Cniło mi się samemu, tom do dzieuch wyszedł i do ciebie, Jaguś, pierwszej wstąpiłem… — Kostucha waszej dziewusze na imię… — Z młodszymi hula, a o mnie całkiem zabaczyła!… — Ale?… — zagadnęła Dominikowa pytająco. — Prawdę mówię. Dobrodziej był z Panem Jezusem u Bartka za wodą… — Cie… na jarmarku widziałam go zdrowym… — Zięciaszek ci go tak sprał kołkiem, że aż mu wątpia odbił. — O cóż, kiedy?… — A o cóż by, jak nie o gront. Wadzili się już z pół roku, aż się i dzisiaj w połednie porachowali. — Że to kary boskiej nie ma na tych zabijaków — ozwała się Jagna. — Przyjdzie, nie bój się, Jagno, przyjdzie — rzekła twardo stara wznosząc oczy na obrazy święte. — A kto już pomarł, nie wstanie — szepnął Jambroży cicho. — Siadajcie do miski, zjecie, co jest. — Nie od tegom, nie. Miseczce jednej, bele dużej, poradzę jeszcze — podkpiwał. — Wam to ino przekpiwania w głowie i zabawa. — Tyla i mojego, tyla, na cóż mi turbacje, hę?

Obsiedli ławkę, na której stały miski, i jedli wolno i w milczeniu. Jędrzych pilnował, żeby dokładać i dolewać, tylko Jambroży raz po raz powiadał jakie słowo ucieszne i sam się śmiał najbardziej, bo chłopaki, chociaż rade były się pośmiać, bali się srogiego wzroku matki. — Dobrodziej w domu? — zagadnęła pod koniec. — A gdzie by na takie błoto? Jak Żyd w książkach siedzi. — Mądry ci on, mądry… — I dobry, że nie znaleźć lepszego… — dodała Jagna. — Juści… pewnie… na brzuch se nie pluje ani drugiemu na brodę, a co mu kto da, weźmie… — Nie pletlibyście bele czego. Powstali od kolacji. Jagna ze starą siadły do kądzieli przed kominem, a synowie jak zwykle zajęli się sprzątaniem, myciem naczyń i obrządkiem. Tak już zawżdy u Dominikowej było, że synów swoich dzierżyła żelazną ręką i rychtowała ich na dziewki, żeby ino Jagusia rączków se nie pomazała. Jambroży zapalił fajkę, pykał w komin, to poprawiał głownie i dorzucał gałęzi i raz wraz spoglądał na kobiety, ważył cosik w głowie i układał. — Były pono u was swaty? — Abo to jedne. — Nie dziwota, Jagna kiej malowana. Dobrodziej powiedział, że i w mieście nie spotkać piękniejszej. Jagna poczerwieniała z ucieszności. — Tak powiedział! Niech mu Bóg da zdrowie! Dawno się już zbierałam zanieść na wotywę, dawno, ale jutro zaraz zaniesę. — Przysłałby tu jeszcze ktoś z wódką, ino się boją ździebko…— zaczął po cichu. — Parobek?… — zapytała stara nawijając na turkoczące po podłodze wrzeciono. — Gospodarz na całą wieś, rodowy… ale wdowiec. — Dziecków cudzych kolebała nie będę… — Odchowane, nie bój się, Jaguś, odchowane. — Co jej tam po starym… ma jeszcze lata… poczeka se na młodego, jak się jej uda jaki. — Takiego nie braknie, a bo to młodych brak? Jak świece chłopaki, papierosy palą, w karczmie tańcują, gorzałkę piją i ino patrzą za dzieuchami, która jakie morgi ma i trochę gotowego grosza, żeby balować było za co… Gospodarze juchy, do połednia śpią, a po połedniu taczkami gnój wożą i motyczkami orzą pole… — Na poniewierkę takiemu Jagny nie dam. — Niepróżno mówią, żeście we wsi najmądrzejsza… — Ale i za starym też uciechy nijakiej dla młódki… — A bo to do uciechy nie ma młodych? — Staryście kiej świat, a pstro wama jeszcze we łbie — powiedziała surowo. — I… gada się, byle ozór nie skiełczał.

Zamilkli na długo. — Stary uszanuje i na cudzy grosz niełasy — podjął znowu Jambroży. — Nie, nie, ino obraza boska z tego bywa. — Mógłby zapis zrobić — rzekł serio wytrząsając fajkę na trzon. — Jagna ma dosyć swojego — odpowiedziała po chwili, wahająca już i niepewna. — Więcej by on dał, niźli wziął, więcej… — Rzekliście! — Co wiadomo, nie z wiatru wziąłem ani z pomyślonku, nie od siebie przyszedłem… Milczeli znowu. Stara ogładzała długo rozwichrzoną kądziel, potem pośliniła palec i jęła wyciągać lniane włókna lewą ręką, a prawą puszczała w wir wrzeciono, że z warczeniem, kieby bąk, kręciło się po podłodze i furkotało. — Jakże? Ma to przysłać? — Któren? — Nie wiecie to? A dyć tamten! — wskazał przez okno na światła, ledwie migoczące przez staw, u Boryny. — Dorosłe dzieci, dobrego słowa nie dadzą i prawa do swoich części mają. — Ale może zapisać to, co jego… jakże?… A chłop dobry i gospodarz nie bele jaki, i pobożny, i krzepki jeszcze, sam widziałem, jak se korzec żyta zadawał na plecy. Już tam by Jagnie nic nie brakowało, chyba tego ptasiego mleka… a że wasz Jędrzych na bezrok do wojska staje… to Boryna z urzędnikami się zna, wie, do kogo trafić, mógłby pomóc… — Jak ci się widzi, Jaguś?… — Mnie ta wszystko jedno, każecie, to pójdę… wasza w tym głowa, nie moja… — mówiła cicho, wsparła czoło na kądzieli i zapatrzyła się w ogień bezmyślnie, i słuchała wesołego trzaskania gałązek. Ten czy tamten, wszystko było jej zarówno — wstrząsnęła się tylko nieco na przypomnienie Antka. — Jakże? — pytał Jambroży powstając z ławki. — Niech przysyłają… zrękowiny nie ślub jeszcze… — odrzekła wolno. Jambroży pożegnał się i poszedł prosto do Boryny.

Jagna wciąż siedziała nieruchoma i milcząca. — Jaguś… córuchno… co?… — A nic… wszyćko mi zarówno… Każecie, to pójdę za Borynę… a nie, to ostanę przy was… bo mi to źle wami?… Stara przędła dalej i mówiła cicho: — Najlepiej chcę la ciebie, najlepiej… Juści, że stary on jest, ale krzepki jeszcze, i ludzki, nie tak jak drugie chłopy, uszanuje cię… Panią se będziesz u niego, gospodynią… A jak zapis zrobi, to już go tak narychtuję, żeby gront wypadł w podle naszego, koło żyta pod górką… a choćby i ze sześć morgów zapisał… Słuchasz to? Ze sześć morgów! A trza ci iść za chłopa… trza… po co mają wygadywać na ciebie i na ozorach obnosić po wsi?… Wieprzka by się zabiło… a może i nie… może… — umilkła i już w głowie układała sobie resztę, bo Jaguś jakby nie słyszała jej słów, przędła machinalnie, i jakby jej nie obchodził los własny, tak nie myślała o tym zamężciu. A bo to jej źle było przy matce? Robiła, co chciała, i nikt jej marnego słowa nie powiedział. Co ją tam obchodziły gronta, a zapisy, a majątki — tyle co nic, abo i mąż? Mało to chłopaków latało za nią? — niechby tylko chciała, to choćby wszystkie na jedną noc się zlecą… i myśl jej leniwie się snuła jak nić lniana z kądzieli i jak ta nić okręcała się ciągle jednako na tym, że jak matka każą, to pójdzie za Borynę… Juści, że go nawet woli od innych, bo kupił jej wstążkę i chustkę… juści… ale i Antek by kupił to samo… a i inne może… żeby tylko miały Borynowe pieniądze… każden dobry… i wszystkie razem… a bo ona ma głowe, żeby wybierać! Matki w tym głowa, żeby zrobić jak potrza… Zapatrzyła się znowu w okno, bo poczerniałe, zwiędłe georginie, kołysane przez wiatr, zaglądały w szyby, ale wnet zapomniała o nich, zapomniała o wszystkim, nawet o sobie samej, zapadła w takie prześwięte bezczucie, jak ta ziemia rodzona w jesienne martwe noce – bo jako ta ziemia święta była Jagusia dusza — jako ta ziemia. Leżała w jakiś głębokościach nie rozeznanych przez nikogo w bezładzie marzeń sennych — ogromna a nieświadoma siebie — potężna a bez woli, bez chcenia bez pragnień — martwa a nieśmiertelna, i jako tę ziemię brał wicher każdy, obtulał sobą i kołysał, i niósł tam, gdzie chciał… i jako tę ziemię o wiośnie budziło ciepłe słońce, zapładniało życiem, wstrząsało dreszczem ognia, pożądania i miłości — a ona rodzi, bo musi… bo jako ta ziemia święta, taka była Jagusia dusza – jako ta ziemia!… I długo tak siedziała w milczeniu, ino te oczy gwiezdne świeciły się kiej spokojne wody w wiośniane południe, aż ocknęła z nagła, bo ktosik otwierał drzwi do sieni. Wbiegła Józka zadyszana, przypadła do komina, wylewała z trepów wodę i rzekła: — Jaguś, jutro u nas obieranie, przyjdziesz? — Przyjdę. — W izbie będziemy obierali. Ambroży tam siedzą u tatula, tom się chyłkiem wyrwała na wieś, żeby ci powiedzieć. Będzie Ulisia i Marysia, i Wikta, i pociotkowe, i drugie… I chłopaki przyjdą… Pietrek obiecał się ze skrzypicą… — Któren to? — A Michałów, co za wójtem siedzą, co to w kopanie przyszedł z wojska… i tak mówi pokracznie, że go i wymiarkować trudno…

Natrzepała, co ino mogła, i poleciała do dom. Cisza znowu objęła izbę. Czasami deszcz uderzał w szyby, jakby kto przygarścią piasku rzucił, to wiatr szumiał i baraszkował w sadzie albo dmuchał w komin, że głownie się rozsypywały po trzonie, i dym buchał na izbę… a cięgiem warczały wrzeciona po podłodze. Wieczór ciągnął się wolno i długo, aż stara cichym, drżącym głosem zaśpiewała:
Wszystkie nasze dzienne sprawy… A chłopaki z Jagną wtórowali z cicha, a tak przenikliwie, aż kury w sieni na grzędach krzekorzyć zaczęty i pogdakiwać.